12 marca 2007 parlament węgierski przyjął deklarację uznającą dzień 23 marca Dniem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, deklarację poparło 324 posłów, nikt się nie wstrzymał, nikt nie był przeciw.Analogiczną uchwałę 16 marca 2007 podjął przez aklamację Sejm RP.

Słynna książka Mariana Zdziechowskiego "Węgry i dookoła Węgier".
Wydana w 1933 roku.
Fragmenty: "Szkice te są protestem przeciw traktatowi w Trianon. Oczywiście protest
mój nikogo nie wzruszy, należę do świata, który pogrzebano na wieki;
głos mój jest głosem spod ziemi. Mógłbym milczeć, ale pisanie weszło mi
w nałóg. Im większe jest osamotnienie moje, tym wyraźniej słyszę mój
głos wewnętrzny, nakazujący isć przeciw dzisiejszemu światu. Od wschodu
sowieckiego nadchodzi barbarzyństwo. Nie ma zas ani Batorych, ani Sobieskich,
którzy odważyliby się stanąć przeciw potędze mroku.”

"Ścisnęli Polskę w żelaznej rosyjsko-niemiecko-czeskiej obręczy. Dusimy
się w niej i uduszeni będziemy przy pierwszym wielkim kataklizmie
europejskim."

"W 1831 r. komitaty węgierskie żądały, aby Austria ujęła się za
Polską; żądania te, czy życzenia, powtarzały się i później. Że były
bezskuteczne, o tym wiedział F. Deák: „Sądzę, że poniżonemu i zakutemu w
okowy wśród goryczy niewoli przynosi ulgę choćby widok gorących łez
współczucia; ulgę mu to sprawia, gdy słucha próśb w swej obronie ze strony
tego, który więcej dlań uczynić nie może, choćby prośby te stoczyć
się miały bezsilnie po lodowatej piersi zwycięzcy”. Tego współczucia
oczekiwały od nas Węgry w tragicznej dla nich chwili, gdy pod groźnym
naciskiem z zewnątrz zmuszeni byli zamknąć dostęp własnemu pracowitemu
królowi do swego państwa. A my? Z parweniuszowską, bolszewicką arogancją,
afiszowaliśmy solidarność nasza z Czechami, w nadziei, że to się bardzo w
Paryżu podoba, i nie domyślając się, że we Francji skrycie sprzyjano
powrotowi króla."

http://kpbc.umk.pl/dlibra/doccontent?id=36455&dirids=1

"Boże Coś Polskę" po węgiersku.
"Isten ki Lengyelhont" lengyel katolikusok himnusza.

Isten, ki Lengyelhont sok századéven
övezted fénnyel és dicső karoddal.
Megvédted őt a számtalan veszélyen,
s ő bátran küzdött az ostromló bajjal.
Szent oltárodnál térden állva kérünk,
szabad hazánkat add, ó, vissza nékünk!
Te védtél minket, ó ne hagyj el, Isten!
Midőn jogáért küzd remélve néped,
lát a világ, és tudja, milyen híven
áldoztunk mindent, vagyont, vért és éltet.
Szent oltárodnál térden állva kérünk,
szabad hazánkat add, ó, vissza nékünk!

Akos Engelmayer - "Ostatnio tłumaczyłem fragment pracy nie żyjącego już profesora Istvána Csaplárosa dotyczący percepcji "hymnów" polskich, czyli Jeszcze Polska nie zginęła i Boże coś Polskę na Węgrzech. Otóż zaraz po powstaniu tych pieśni w okresie kiedy mieliśmy wspólne cele i interesy narodowe pojawiły się one w ręcznie pisanych śpiewnikach z tekstem polskim, słowackim, a najczęściej węgierskim. Po 1897 roku, po ugodzie między narodem węgierskim i Habsburgami, te pieśni znalazły się w śpiewnikach drukowanych, m.in. w pierwszym zbiorze 100 patriotycznych i pobożnych pieśni węgierskich wydrukowano "Boże coś Polskę" i "Jeszcze Polska nie zginęła." Były one śpiewane w szkołach, przez chóry związkowe, amatorskie i zawodowe. Ja jeszcze uczyłem się ich w szkole i mogę je zaśpiewać po węgiersku. Międzywojenny powieściopisarz Rezsö Töröka umieścił w jednej ze swoich książek następujące zdarzenie: na początku wieku chłopcy z przedmieścia Budapesztu kąpali się w Dunaju i palili ognisko, co było zabronione. Zjawił się policjant i przerażeni, chłopcy... zaczynają śpiewać Boże coś Polskę. Policjant zasalutował i odszedł. Można uznać za swoisty fenomem fakt, że pieśni te stały się organiczną częścią patriotyzmu i tradycji węgierskiej."

Cyrus napisał:Tak slodko, to choc krople dziegciu wleje. A gdy mnie kto z krewnych lub znajomych spyta: A jak tam z Árva-Szepes? Jest problemik czy nie? Bo sprawa jest niejednoznaczna.
Nedec tornyán újra lobog a magyar zászló? - ( Kiedy znow bedzie powiewac wegierska flaga z wiezy Niedzickiego zamku?)
He, he, he...

Akos Engelmayer-"Kończąc bardzo sentymentalnie i bardzo wzniośle: chciałbym być pochowany w Nidzicy, czyli na Spiszu, na terenie Korony Węgierskiej, a obecnie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej" :D

Napisał/a: ulryk77Akos Engelmayer-"Kończąc bardzo sentymentalnie i bardzo wzniośle: chciałbym być pochowany w Nidzicy, czyli na Spiszu, na terenie Korony Węgierskiej, a obecnie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej" :D

Mowilem, ze sie dogadamy...
#]

Tu zaczynamy się uczyć węgierskiego:

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Ostatni Krol. Tu dobrze widac rozmiar Swietej Korony a przypomne, Bl. Karol do ulomkow nie nalezal...

Ciekawa fota Cyrusie.Nie znałem jej. A znasz okoliczności przekrzywienia krzyżyka? Mam na myśli Koronę.

Pref de Zoo: Tu zaczynamy się uczyć węgierskiego:

a- wymawiane jak a przy układzie warg jak przy o (å), krótko,

á- wymawiane prawie jak polskie a, ale z szerzej otwartymi ustami , długo (ok. 1,5 raza dłużej niż krótkie a),

e- jak polskie e, krótko,

é- wymawiane pośrednio między yj a ij (jak niemieckie eh w słowie nehmen), długo,

i- polskie i nie zmiękczające poprzedzającej spółgłoski, krótkie,

í- jak polskie i, tylko dłużej,

o- jak polskie o, ale z bardziej ścieśnionymi wargami (zbliżające się do u), krótkie,

ó- wymawiane jak ou (niemieckie oh w słowie Sohn), długo,

ö- wymawiane jak y przy układzie warg jak przy u (niemieckie ö), krótko,

ő- jak ö, tylko dłużej (niemieckie öh w Söhne),

u- jak polskie u, krótko,

ú- jak polskie u, tylko dłużej,

ü- wymawiane jak i przy układzie warg jak przy u (niemieckie ü w München),

ű- jak ü, tylko dłużej

cs- jak polskie cz
dz- jak polskie dz
dzs- jak polskie dż
gy- jak zmiękczone d (jak di w wyrazach diakon/diwa)
ly- jak polskie j
ny- jak polskie ń
s- jak polskie sz
sz- jak polskie s
ty- jak zmiękczone t
v- jak polskie w
zs- jak polskie ż

Wymowa na przykładzie: Kolozsvár, Nagyvárad, Vásárhely, Hunyadvár, Nagykároly, Szalonta, Szerdahely, Szováta, Nagybánya, Boncida, Háromszék, Hargita, Beszterce, Torockó, Küküllő, Gyilkos-tó, Belényes, Zsombolya, Rónaszék, Kovászna, Petrozsény, Érmindszent,Homoród, Nagyenyed, Temesvár, Nagymajtény, Világos, Segesvár.

http://www.youtube.com/watch?v=4DR0ChyDq7Y

Warszawa, 25 marca 2011 r.

Oświadczenie Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość

z okazji Dnia Przyjaźni Polsko-Węgierskiej

Klub Parlamentarny Prawo i Sprawiedliwość z okazji VI Dnia Przyjaźni Polsko – Węgierskiej życzy naszym Węgierskim Przyjaciołom wszelkiej pomyślności podczas sprawowania przewodnictwa w UE.

Parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości są przekonani, że relacje pomiędzy dwoma Narodami mają szczególny charakter, a sympatia pomiędzy nami przetrwała wieki i sprawdziła się w wielu trudnych sytuacjach naszej wspólnej historii.

Śp. Prezydent Lech Kaczyński działał na rzecz umacniania więzów przyjaźni pomiędzy naszymi Narodami. W dniu 23 marca 2006 roku odsłonił w Gyor na Węgrzech pomnik Przyjaźni Polsko-Węgierskiej.

Należy również przypomnieć, że to za rządów Prawa i Sprawiedliwości w marcu 2007 roku polski i węgierski parlament podjęły jednomyślnie uchwały ustanawiające 23 marca Dniem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej.

Bliskie więzi pomiędzy oboma Państwami trwają nieprzerwanie od czasów koronacji Św. Jadwigi Andegaweńskiej na króla Polski. Złotymi zgłoskami w księdze przyjaźni Polsko – Węgierskiej zapisana została postawa polskiego generała Józefa Bema – uczestnika powstania listopadowego i naczelnego wodza powstania węgierskiego 1848-1849.

W polskiej świadomości bardzo żywa jest pamięć pomocy, jakiej Bracia-Węgrzy udzielili nam w czasie dramatycznej wojny, jaką młode państwo polskie musiało stoczyć z Rosją Sowiecką w obronie niepodległości w 1920 r. Cieszymy się, że podczas ostatniej wizyty prezydenta Węgier Pala Schmitta odsłonięta została w Warszawie tablica poświęcona temu wydarzeniu. Parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości wyrażają jednocześnie zaniepokojenie informacjami medialnymi na temat prób uniemożliwienia jej odsłonięcia przez pracowników Kancelarii Prezydenta – rzekomo w celu niezadrażniania relacji z Federacją Rosyjską. Parlamentarzyści PiS uznają działania współpracowników Bronisława Komorowskiego w tej sprawie za niedopuszczalne i wpływające negatywnie na relacje z Węgrami. Sytuacja, w której zgodnie z doniesieniami medialnymi, tablica została odsłonięta dopiero na wyraźne i stanowcze żądanie Ambasady Węgier, nie może nigdy więcej się powtórzyć.

Przewodniczący Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość

Mariusz Błaszczak
http://wpolityce.pl/view/9116/Sytuacja__w_ktorej_tablica_zostala_odslonieta_dopiero_na_wyrazne_zadanie_Ambasady_Wegier__nie_moze_sie_powtorzyc.html

Napisał/a: ulryk77Słynna książka Mariana Zdziechowskiego "Węgry i dookoła Węgier". Wydana w 1933 roku. Wersja internetowa. Fragmenty: "Szkice te są protestem przeciw traktatowi w Trianon."

Fajnie, że kolega przypomniał Zdziechowskiego.


Ja mam natomiast takie pytanie teoretyczno-militarne: Trianon, Trianon - i co dalej? Po dobroci nikt im tych ziem nie zwróci, pozostaje więc tradycyjne narzędzie w postaci działań zbrojnych. A jaki potencjał mają tu właściwie Węgry? Czy po hipotetycznej solówce Rumunia-Węgry nie byłoby przypadkiem jeszcze większego płaczu? Że Trianon, Łuk Donu, '56 a teraz znowu baty - i kolejna depresja gotowa.

Ma kolega racje i nie ma kolega racji. Mogę tylko prosić. Nie zaczynajmy w tym wątku takich tematów. Ewentualnie w innym, specjalnie w tym celu założonym.

Napisał/a: wódka
Napisał/a: ulryk77Słynna książka Mariana Zdziechowskiego "Węgry i dookoła Węgier". Wydana w 1933 roku. Wersja internetowa. Fragmenty: "Szkice te są protestem przeciw traktatowi w Trianon."

Fajnie, że kolega przypomniał Zdziechowskiego.

Ja mam natomiast takie pytanie teoretyczno-militarne: Trianon, Trianon - i co dalej? Po dobroci nikt im tych ziem nie zwróci, pozostaje więc tradycyjne narzędzie w postaci działań zbrojnych. A jaki potencjał mają tu właściwie Węgry? Czy po hipotetycznej solówce Rumunia-Węgry nie byłoby przypadkiem jeszcze większego płaczu? Że Trianon, Łuk Donu, '56 a teraz znowu baty - i kolejna depresja gotowa.

Przepraszam za off-top.

@ ulryk77A znasz okoliczności przekrzywienia krzyżyka?
Kiedys byl prosty.

Sprawa jest tyle prozaiczna co tajemnicza, wieki cale nie dawalo sie poznac przyczyny
Pono zdarzylo sie to w XVII wieku, poprzez zadniedbanie. Ktos nieumiejetnie wlozyl insygnia do skrzyni, w ktorej byly przechowywane i niefrasobliwie domknal wieko...
Stalo sie to w 1638 roku, wedlug historyka Pálffyiego Gézy, ktory natknal sie na zapiski w archiwach krolewskich.

Miért ferde a Szent Korona keresztje?

Fény derült egy történelmi rejtélyre

A magyar Szent Korona egyedülálló szimbolikus tárgy hazánk, de talán egész Európa históriájában. Történetét sok homály fedi, s mindig jelentős esemény, ha ennek egy-egy tisztázatlan részletére fény derül. Ilyen a koronával kapcsolatban az a kérdés, hogy vajon miért és mióta ferde a tetején lévő kereszt.
Régészek, ötvösök, történészek és művészettörténészek eddig is egybehangzó véleménye szerint a kereszt eredetileg egyenes volt, s a koronát - igencsak kalandos évszázadai során - valamikor erős ütés vagy nyomás érhette felülről vagy oldalról, minek következtében nemcsak a kereszt ferdült el, hanem a korona három keresztpántja is megrepedt, illetve eltört. Mindezzel szemben különböző - sokszor hajmeresztő - elméletek is napvilágot láttak a témával kapcsolatban. Voltak fizikusok és mérnökök, akik kizárólag a korona méretarányait tartották szem előtt, és az aranymetszés szabályaiból kiindulva bizonygatták, hogy a kereszt már eredetileg is a Föld tengelye és az egyenlítő közötti eltérésnek megfelelő szögben került a Szent Koronára, mivel - mondják ők - készítői ezzel akarták érzékeltetni a korabeli emberek világképét. Ennek a teóriának a tarthatatlanságát már az a tény is mutatja, hogy sem az európai királyi koronákon, sem a középkorban épült templomok tornyán nem látható ferde kereszt, vagyis légből kapott gondolat ezzel kapcsolatban az akkori emberek világnézetére hivatkozni. Tehát a Szent Korona keresztje eredetileg egyenes volt - ezt igazolják mindenekelőtt a legkorábbi, egymástól független ábrázolásai is.

Az 1620-as évek közepéről való a legkésőbbi ismert "egyenes" ábrázolás, s 1784-ből származik egy átvételi elismervény, melyen az szerepel, hogy a korona "keresztje egyik oldalára elnyomódott". Ugyanis ebben az évben, május 25-én került Bécsbe a korona, az akkori uralkodó, II. József rendeletére, aki ugyanakkor - mint jól tudjuk - nem koronáztatta meg magát. Eszerint viszont valószínűleg 1740-ben is így kellett lennie, hiszen 1784 előtt utoljára Mária Terézia koronázására vették elő a királyi jelvényeket, s ennek kapcsán nem maradt fenn jelzés, hogy a korona megsérült volna.

Arról, hogy az 1620-as és 1740-es évek közötti bő évszázadban mi történhetett a koronával és keresztjével, mindeddig nem volt ismert forrásunk. A közelmúltban azonban egy fiatal történész, Pálffy Géza a királykoronázási lakomák történetének kutatása során rábukkant két országgyűlési követ naplójára. Ezekben - az egyikben magyar, a másikban latin nyelven - található egy hosszabb és egy rövidebb leírás a Szent Korona "balesetével" kapcsolatban, amely 1638. február 14-én történt, Mária Anna királyné, III. Ferdinánd király első hitvesének koronázása előtt.

A királynéknak e szertartás alkalmával ugyan egy úgynevezett házikoronát helyeztek a fejére, viszont - mint az uralkodó támaszának - középkori hagyomány szerint a Szent Koronával megérintették a jobb vállát. Ezért volt szükség a nagy becsben tartott jelvényre ekkor is. Ilyen alkalmakkor a Szent Mártonról elnevezett pozsonyi dóm sekrestyéjében nyitották fel a koronázási ládát. Ugyanis a koronát nem lehetett akármikor elővenni, csak a koronázások idején. 1608-tól dokumentálható, hogy nagyon gondosan jártak el ezekben az esetekben. Jelen voltak a magyar rendek, illetve a bécsi udvar képviselői, hiszen mindig a császárvárosból hozta el a kulcsot a főudvarmester (ma úgy mondanánk: miniszterelnök), de a ládát a koronaőrök nyitották ki, hiszen ő - idegenként - nem érhetett hozzá.

1638 nevezetes napján is úgy tűnt, hogy minden az előírások szerint történik, csakhogy az udvarmester rossz kulcsot hozott magával, ahogy erről a most előkerült napló írója, egy felső-magyarországi követ is beszámol: "felül az skatulyán (dobozon - a szerk.) az volt írva, hogy az magyarországi korona ládáinak kulcsai (de nem az volt). Próbálgatták az ládát, de semmiképpen meg nem nyithatták. Lakatosokat hívának. Az ládát két kötélre egy fenyőgerendához felkötöttük. Lippay Gáspár, Zákány András és én is emeltük fel. Nagy sok veszekedéssel (értsd: vesződséggel - a szerk.) az lakatosok az ládát felszaggatták felül." Elképzelhető az izgatott sietség: még fél óra, s megérkezik a királyné, a koronázási jelvények ládáját pedig nem lehet kinyitni. A másik, latin nyelvű napló, Szemere Pál, Abaúj vármegyei követ írása szerint a lakatosok "erőszakkal és igen nagy erővel" törték fel a ládát, melyen a magyar nyelvű dokumentum szavaival: "Pléh (azaz pánt - a szerk.) 14 vagyon." (Megjegyzendő, hogy ez nem az a láda volt, amely most is látható a Nemzeti Múzeumban. Ez utóbbi az 1860-as években készült, amikor Ipolyi Arnold püspök vezetésével vizsgálatokat végeztek a koronázási jelvényeken.)

A ládát tehát felfeszítették, de a gondok ezzel nem értek véget. Ugyanis a nagyon törékeny koronát ráadásul egy rézből készült tékában, azaz tokban tartották. Emellett a jogar, az országalma és a legfölül lévő palást is gondosan el volt csomagolva a ládában.

Az országgyűlési követ naplója így írja le a folytatást: "az koronának az fölső réz tokját palatinus urunk (azaz Esterházy Miklós nádor - a szerk.) felvevé, az alsó részébűl soha semmiképpen palatinus urunk az koronát ki nem veheté, hanem egy kést kére. Zákány András (a borsodi követ - a szerk.) adá az kését oda. Avval hasítá le az széliben egy darabot, úgy vevé ki osztán az alsó réz tokbúl az koronát palatinus urunk." Tehát a láda felfeszítésekor olyan erővel nyomódott bele a réztokba a korona, hogy csak késsel lehetett kifeszegetni onnan.

A korona kidolgozásának finomsága miatt ezeket a sérüléseket nem lehetett maradéktalanul rendbe hozni. Jóllehet a korabeli rendtartás szerint a koronázási jelvényeket a szertartás után vissza kellett tenni a ládába, a baleset miatt most mégsem ez történt, hanem példa nélküli módon tizenkét napig nem kerültek vissza a helyükre. Elképzelhető - bár erről nincsenek adataink -, hogy a ládát is kicserélték ekkor, és a koronát is megpróbálták megjavítani. Erre bizonyosan voltak próbálkozások - ha nem is éppen ekkor -, hiszen a korona egyes részein lévő utólagos szegecselések nagyon durva munka nyomai, láthatóan kapkodva foglalkoztak vele, s minden bizonnyal olyanok, akik nem rendelkeztek a XI. századi ötvösmesterek szakmai tudásával.

Annyi bizonyos, hogy a keresztet nem is lehet visszaegyenesíteni, hiszen a sérüléskor kitágult az a lyuk, amelybe rögzítették, és egyenes állapotban ebbe belecsúszna a kereszt, forrasztás esetén pedig megsérülne a keresztet tartó zománclemez. A keresztet aztán az 1860-as években, Ferenc József koronázása kapcsán rögzítették ferde állapotban.

Egy rejtély tehát megoldódott a magyar történelem egyik legbecsesebb kincsével kapcsolatban, amely - mint láttuk - meglehetősen prózai okok miatt sérült meg. Bizonyára vannak, akiknek ez "nem tetszik", s e tényeket nem tudják összeegyeztetni magukban a Szent Koronát méltán övező magasztossággal. Nekik is érdemes azonban megfontolni: története mutatja, hogy a korona szimbóluma az ember egyéni és közösségi életének is, aki elpusztíthatatlan lelkét-szellemét törékeny testben hordozza.

Szigeti László

Napisał/a: Pref de Zoohttp://www.magyarora.com/english/shortaudio.html

Czyli najpierw należy nauczyć się angielskiego.

stopka rozmiar 45

Koniec braterstwa polsko-węgierskiego!
Tak se ktoś umyślił, ciekawe kto.

PS
No, dobra, wywalam. Kto chce, se znajdzie na tubce pod hasłem end polish-hungarian friendship itd.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Preff, plizz wywal ta prymitywna agitke moskalofilska

Napisał/a: CYRUS (Dubrovcanin)Preff, plizz wywal ta prymitywna agitke moskalofilska

Poczekej, mam coś ciekawszego. Tamto faktycznie agitka, ale jest i klipek opisujący 1000-letnią przyjaźń niemiecko-węgierską.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Jestem za won z tym.

faksejk! Nie wklejać tutaj tego szitu! Pref de Zoo miej litość. Mało g@wna na necie?

Interesujące - co do przekazu o tysiącletniej przyjaźni to jest to kopia filmiku o przyjaźni polsko-węgierskiej.
Węgry-Niemcy:
http://www.youtube.com/watch?v=OujwZ6XGzYI

Węgry-Polska:
http://www.youtube.com/watch?v=r85POj03mg8

Sorki za burzenie miłego nastroju.
Ciekawa propaganda po prostu.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: ulryk77Jestem za won z tym.

Nu, ale zobacz poniżej, tyż mamy tysiącletnią przyjaźń węgiersko-niemiecką.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Dzięki de Zoo za mertoryczny wkład w rozwój wątku.

"Sorki za burzenie miłego nastroju." Tak najłatwiej.

Napisał/a: ulryk77Dzięki de Zoo za mertoryczny wkład w rozwój wątku.

Wywaliłem pierwszy. Ale ponieważ temat jest dla mnie dość świeży, to interesuje mnie każde nowe odkrycie. :)

Np. teraz mam pytanie, czyja to jest propaganda, te filmiki o tysiącletniej przyjaźni polsko-węgierskiej, a czyja - te o tysiącletniej przyjaźni węgiersko-niemieckiej. Ktoś tu kogoś chce wydymać, a ktoś - może - przekazać fakty. Zastanawiam się, kto kogo.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Preff nie watpie, ze potrafisz odroznic naziste od Niemca.

Preff, wystarczy pobiezna znajomosc tematu by zrozumiec jakie te zwiazki z Niemcami byly na przestrzeni wiekow i nie da sie wyprowadzic prostych paraleli wynikajacych z historii Polakow i Wegrow. A i tu i tam Niemcy mieli swoj niemaly wklad i roznie to sie wartosciowalo na przestrzeni wiekow.

Pref de Zoo napisał: "Ktoś tu kogoś chce wydymać, a ktoś - może - przekazać fakty. Zastanawiam się, kto kogo." Klipów pol-hun jest na necie prawie setka. To fenomen. Nie mógl zostać niezauważony. Praktycznie co tydzień, dwa, ktoś wrzuca kolejny filmik pol-hun. Dwa najnowsze. Jeszcze ciepłe. Ciekawe, że wg opisów na profilach robią to bardzo młodzi ludzie, nastolatkowie. http://www.youtube.com/watch?v=S0BJ376IiG8http://www.youtube.com/watch?v=1UGsVoVgEIY

Świetny wątek.

Tak porównując herby Wegier i Polski mam wrażenie, że ten węgierski ładniejszy jednak i lepiej oddaje historie narodu. No i krzyż.

Napisał/a: gloomyTak porównując herby Wegier i Polski mam wrażenie, że ten węgierski ładniejszy jednak i lepiej oddaje historie narodu. No i krzyż.

Byl swego czasu watek na nieboszczce o godle Polski. Ma on niestety wiele wad i niezgodnosci heraldycznych - taki konglomerat stylistyczno-estetyczny. Ogolnie OK ale te wady, choc dzisiaj malo kto juz przywiazuje do tego uwage. Logo times. Jesli jednak wezma sie zan znawcy tematu to jest nieciekawie chocby taka korona, osadzona bezposrednio na glowie Orla. Zly to symbol. Byly inne projekty, niestety przyjeto ten...

Napisał/a: CYRUS (Dubrovcanin)Preff nie watpie, ze potrafisz odroznic naziste od Niemca.

OK, ale tu jest interesujące co innego - podobieństwo przekazu wiecznej przyjaźni. Btw, doskonale pamiętam, że Węgrzy słabo mówili po angielsku, ale po niemiecku - niemal każdy - tak z 20 lat temu. No więc ciekawe jest, kto jest autorem, a kto adresatem idei nagłaśniania tysięcznej przyjaźni polsko-niemiecko-węgierskiej.

Jakby to powiedzieć... Tylko prawda jest ciekawa. Węgrom historycznie jest dużo bliżej do Niemiec przez Austrię, a my historycznie, ostatnio przez wszystkich sąsiadów byliśmy w dupę bici, to i serce chce mieć pociechę, że Gruzini, Węgrzy czy nawet niechby Aborygeni nas naprawdę lubią i cenią itd. A jak jest naprawdę - o, to ciekawe.

Przyznaję, że ten wątek i we mnie wywołał bardzo przyjemne uczucia, ale nie lubię złudy. Nawet szczerze podjąłem postanowienie nauczenia się węgierskiego, pomaluśku, ale zawsze.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de ZooTylko prawda jest ciekawa. Węgrom historycznie jest dużo bliżej do Niemiec przez Austrię

Jeszcze osadnictwo Saskie na Węgrzech i w Siedmiogrodzie do tego dochodzi.

Bohdan Skaradziński w książce Korzenie naszego losu wydanej w 1985 roku w Bibliotece „Więzi”, w rozdziale „Słów wstępnych kilkoro” tak wspomina Węgrów w Podkowie:

„Jedyny jasny epizod to przejściowe kwaterowanie u nas oddziału z węgierskiej dywizji kawalerii, rzecz jasna w niemieckiej służbie. Ważna była – psychicznie – możliwość konnej przejażdżki, przypominającej sielskie dzieciństwo wśród polskich strzelców konnych i ułanów, grzebanie się w broni madziarskiej; ale pewnie tylko dla wyrostków. Dorośli bardziej docenili fakt, że terror niemiecki w okolicach miasteczka ustał jak nożem uciął, ani aresztowań, ani łapanek. Niemcy w ogóle zniknęli z oczu. W tych czasach wielkich wydarzeń i wyjątkowego głodu informacji miało swoją wagę... węgierskie radio, ustawione w mieszkaniu na honorowym, po tylu latach miejscu; niewspółmiernie częściej grzmiał zeń po polsku Londyn niż Budapeszt. Jedyne w swoim rodzaju to były widowiska, te wieczorne seanse radiowe; siadali ciasno wszyscy domownicy i pogorzelcy warszawscy, a także żołnierze węgierscy, będący w odwrocie, jak twierdzili, aż spod Woroneża. Włączało się tylko Londyn i trudno było zapanować nad zgiełkiem, gdyż goście wojskowi domagali się tłumaczenia na żywo wiadomości, co uskuteczniało się za pomocą języków... niemieckiego lub rosyjskiego. Wyszło wtedy szybko, że Węgrzy w polskich sprawach nie są nowicjuszami, że znaleźli się u nas dlatego, iż Niemcy przegnali ich spod lasów Kabackich za konszachty z partyzantką AK, które nie ograniczyły się bynajmniej do towarzyskich pogawędek. Podbiło to sympatię. Ale jej fundament polegał na ostentacyjnej wręcz życzliwości i solidarności z Polakami, chociaż byliśmy przecież – formalnie – po przeciwnej stronie barykady. Z czasem dopiero uświadomiłem sobie, że przyczyna leżała w fakcie, iż stan tych żołnierzy – nie różnił się tak wiele od naszych.” http://free.art.pl/podkowa.magazyn/nr51/wegrzy.htm

Podczas II Wojny Światowej w Polsce i na terenie Ziemi Opoczyńskiej znaleźli się pod bronią żołnierze Armii Węgierskiej. Niemcy próbowali ich nastawiać i wykorzystywać przeciwko Polakom. Węgrzy nie przejawiali żadnej wrogości a jedynie manifestowali starą swoją przyjaźń do Polaków. Podczas walk z partyzantami byli obecni Węgrzy. Oni bez jednego wystrzału przepuszczali partyzanckie oddziały. Unikano walki. Zawsze rozchodzono się bez walki. Nawet Węgrzy dostarczali uzbrojenie. Wielu z nich popełniało dezercję powiększając szeregi partyzanckie. Niemcy przygotowując kwatery dla żołnierzy węgierskich wyrzucali z domów na ulicę całe polskie rodziny. Węgrzy, gdy dowiedzieli się odmawiali zajęcia tak przygotowanych kwater. Węgrzy byli bardzo religijni i w każdą niedzielę i święta w szyku zwartym, w paradnych mundurach maszerowali do Kościoła św. Bartłomieja. Dla nich była specjalna Msza św. o godzinie 9.00. Uroczyście obchodzili Wielką Noc w kościele św. Bartłomieja. Chłopcy w mundurach Armii Węgierskiej byli bardzo atrakcyjni i na Mszę św. o godzinie 9.00 podążało dużo dziewcząt. Ta Msza św. była również prawdziwą rewią mody okupacyjnej. Każda chciała i pragnęła być atrakcyjną. Śp. ks. prał. Władysław Gąsiorowski denerwował się i apelował, aby dziewczęta nie przychodziły do kościoła akurat na Mszę św. o godz. 9.00 a wybierały inne Msze św. Chęć podobania się Węgrom była silniejsza od słów proboszcza. Hitler zabronił Niemcom bywać na Mszy św. z Polakami, zabronił spowiadania się przed polskim duchownym. Duchowny polski nie mógł spełniać żadnej posługi religijnej wobec Niemców. Tak samo nie mogli duchowni Niemcy nieść swojej posługi Polakom. Niemcy ten rozkaz próbowali rozciągnąć na armię węgierską. Węgrzy nie chcieli słuchać Mszy św. odprawianej przez kapelana Wehrmachtu. Nie chcieli spowiadać się przed kapelanami Wehrmachtu, którzy znali język Węgierski. Prosili o wszelkie posługi religijne polskich księży. Na czas pobytu Węgrów w Opocznie mieszkał na "Plebani" zakonnik "Ojciec Filipin" znający mowę węgierską. On spowiadał i głosił kazania w języku ojczystym Węgrów. W "Dworku" Państwa Szymańskich w Ogonowicach (nr 160) mieszkało grono pedagogiczne, wśród którego była śp. Sitkowska. Kwaterowali też oficerowie węgierscy /sztab/. Oni urządzali z racji Świąt religijnych przyjęcia, na które zapraszali grono pedagogiczne. Miła i przyjacielska atmosfera przy stole wielkanocnym pozwalała zapominać o koszmarze okupacyjnym. Wśród oficerów węgierskich wyróżniał się oficer, a w cywilu śpiewak z "Radia Węgierskiego" w Budapeszcie. Często czynił użytek ze swojego pięknego tenorowego głosu. Na każde rozpoczęcie uroczystości Węgrzy wstawali przy stole na baczność i wspominany "śpiewak z Radia w Budapeszczie" Żygo Molnar śpiewał głośno w języku polskim nasz hymn narodowy, "Boże coś Polskę..." i inne pieśni patriotyczne, które okupant zabronił śpiewać. Potem śpiewano hymn węgierski i inne pieśni patriotyczne z węgierskiego repertuaru. Tam gdzie przebywali Węgrzy nie odważyli się wchodzić Niemcy. Węgrzy zawsze stawali w obronie Polaków. Ta obrona była skuteczna. Takim wzruszającym przykładem m.in. jest i taki fakt, iż lotnicy węgierscy odmówili bombardowania Warszawy w czasie działań powstańczych w 1944r. W lasach na terenie Ziemi Opoczyńskiej podczas obławy na partyzantów polskich Węgrzy zatrzymali żołnierza AK, kolejarza ze stacji Opoczno o nazwisku Bejm /wysiedlony z Poznania/ Niemcy zażądali, aby go wydali żandarmerii. Węgrzy odmówili. Powiedzieli Niemcom, aby poszli do lasu i tam jest ich dużo i mogą sobie pojmać. Zatrzymali go tak długo dokąd groziło mu niebezpieczeństwo. Potem w Opocznie w bezpiecznym miejscu (na ul. Partyzantów w pobliżu ul. Limanowskiego puszczono go wolno. Wśród żołnierzy węgierskich było dużo z mieszanych rodzin polsko-węgierskich z okresu Monarchii Austro-Węgierskiej. Było też i dużo Słowaków. Kontakty słowne łatwe. W Ogonowicach w domu Państwa Rożejów pod nr 187 kwaterowali podoficerowie, którzy nie ukrywali swojej niechęci do Niemców i wojny, do udziału w której zostali zmuszeni. Z okazji Święta Wielkiej Nocy odwiedził ich generał węgierski. Koło tegoż domu stała duża grupa Ogonowiczan. Generał piękną polszczyzną odezwał się: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Co słychać u Was moi kochani ludzie!" Wypytywał się o szczegóły życia okupacyjnego. Odjeżdżając życzył wszystkiego najlepszego. Węgrzy Święta Wielkiej Nocy spędzali przy jednym stole z Polakami. http://opoczno.republika.pl/okupacja.html

Relacja generała Aleksandera Arkuszyńskiego i Kazimierza Załęskiego oraz kapitana Mirosława Kopy - żołnierzy AK o współpracy z Węgrami w czasie II Wojny Światowej. http://www.youtube.com/watch?v=benR-Xgx4L0

Dzięki, przeczytałem wszystko, co było w linkach.

Wychodzi na to, że te dobre relacje polsko-węgierskie opierają się na faktach. Moje wątpliwości znikają, że tak powiem.
Prosiłbym o więcej - naprawdę potrzebne.

A co do filmików niemiecko-węgierskich - cholernie ciekawe, kto i po co to produkuje.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Sándor Márai, fragment powieści "Siostra". (Sándor Márai właściwie Sándor Károly Henrik Grosschmied de Mára, urodzony w Kassa – obecnie Koszyce . Pochodził ze starej rodziny saskich osadników.)

"...Warzsawa upadła. Jakże bliscy mej duszy byli Polacy, naród który ma swoje historyczne fatum! Wyrażało się ono w tym, że od czasu do czasu zsyłało na Polaków zagładę. W tym zawiera się prawdziwy sens ich losu. Z jakąż pierwotną siłą, z jakim impetem zmartwychwstawali z otchłani nieszczęść! Może by już przestali istniec jako naród, gdyby szczęśliwszy los dał im możliwość wygodniejszej i bezpiecznej egzystencji, moze szczeźliby od środka, oddaliby się temu, co w ich naturze takie polskie: beztrosce i swawolności. A tak trzymało ich w ryzach owo twarde jarzmo, surowy historyczny los pośród wielkich rozbójniczych narodów. Polska ponosząc ciagłe klęski, ciągle sie z nich podnosiła i zawsze po polsku, a więc nieco hałaślwie, z pewną przesadą, lecz jednocześnie z trudem i samozaparciem, sympatycznie. Co mogę zrobić dla Polaków. Potrafię mówić do świata tylko językiem muzyki i teraz, kiedy w Europie rozlega się rzężenie śmiertelnie ranionego narodu, nie mogę uczynić nic innego, jak tylko sprawić, by w europejskiej sali koncertowej rozbrzmiewał najszlachetniejszy głos jakim ten naród zwrócił sie do ludzi, powołam do życia głos Chopina! Niech inni mówią o polityce; w chwili, kiedy wojska niemieckie rzuciły sie na Polskę, ja zagram we Florencji etiudę, którą Schumann nazywał utworem na harfę eolską...'Allegro sostenuto'. I wszystke inne dwanascie etiud z 'Opus 25'.I drugi naród, który bezwarunkowo dał światu wielką muzykę, niechaj również przemówi w czasie koncertu po Chopinie, nutami Beethovena.'Appassionata', ona będzie najlepsza w chwili kiedy grzmia polskie i niemieckie armaty. To wszystko co mogę zrobić. Bo muszę coś zrobić; artysta też nie może milczeć gdy narody zmagaja się w śmiertelnym uścisku. Niech te dwa duchy przemówią w europejskiej sali koncertowej-dwa przeciwieństwa, dwa światy! A jednak to co mówią, ostatecznie stanie sie jednością... Czy mam też zaproponowac coś na bis? Może przywołać Czajkowskiego, aby dopełniła się ta historyczna chwila?... Niechże odezwie się Rosjanin, kiedy Polak i Niemiec wykrzykują siłą muzyki to, czemu ziemska namiętność z taką straszliwą mocą zaprzecza; współbrzmienie?..."

up

Napisał Tarnusson - "Jeszcze osadnictwo Saskie na Węgrzech i w Siedmiogrodzie do tego dochodzi"

J.Antall-"Schronienie uchodźców"-"Spotkali się po 800 latach-Przyjęcie siedmiogrodzkich Sasów do Rzeszy Niemieckiej"

Wiosną 1940 roku ze strony Rumunii napływali licznie zarówno niemieccy,jaki i węgierscy uchodźcy, a nawet przekraczający granice rumuńską Polacy. Sytuacja wojenna, skrajności polityki wewnętrznej, nierówności społeczne, dyktatorskie jednoczenie ludów o różnej kulturze, wszystko to wywoływało w społeczeństwie stałe napięcie.(...) W tym czasie nie było jeszcze w Rumunii niemieckich wojsk pancernych. Zarówno Sasi, jak i Węgrzy masowo uciekali do nas przez zieloną granicę, tak że w Losonc utworzyliśmy obóz, w którym zbieraliśmy ich i zaopatrywaliśmy. Niemców zamierzano od razu wyprawiać w dalszą drogę w kierunku Wiednia, ale Austriacy, a właściwie wtedy już władze Rzeszy, nie były skłonne ich przyjmowac bez uprzedniej weryfikacji. Liczba uchodźców niemieckich stale rosła. Wreszcie po energicznej interwencji Keresztes Fischera(szef węg. MSW), ministrowi Istvánowi Csákyemu(szef węg.MSZ) udało się osiągnąć tyle,że z Niemiec po kilku miesiącach przybyła komisja w celu zbadania sprawy uchodźców niemieckich z Siedmiogrodu i ich ewentualnego przejęcia. Miałem sposobność obserwowac pracę komisji, gdyz to ja towarzyszyłem im do Losonc. (...) Po składzie komisji, wzajemnym stosunku jej członków można było rozpoznać cechy właściwe narodowemu socjalizmowi. Formalnie szefem był wykształcony urzędnik ministerialny, ale od pierwszej chwili było widać, że faktycznym kierownikiem jest młody oficer Gestapo.Pozostali byli młodymi chłopakami w mundurach, wychowankami nowego systemu.Wyniośli, wręcz nie do wytrzymania pewni siebie, opętani przez ideę "Deutschland uber alles". Próżno próbowałem rozmawiac z nimi o niemieckiej literaturze, sztuce.Kiedy przyjechali do Budapesztu i przebrnęlismy przez pierwsze rozmowy, oficer Gestapo, wyraził życzenie, iz chcieliby złożyć wizytę ministrowi spraw wewnętrznych. Wygląda na to,że mnie uważali za funkcjonariusza bez znaczenia, zbyt niskiej rangi, by realizować ich wymagania zrodzone w hitlerowskiej pysze. Chcieli widziec się z węgierskim ministrem, który odda hołd odmłodniałemu niemieckiemu światu, przedstawicielom "Hitlerjugend". Dałem znać o ich zamiarze szefowi naszego Wydziału Prezydialnego, László Osváthowi. Ten oświadczył, że Keresztes-Fischer nie życzy sobie widzieć żadnych Niemców. Później zakomunikował mi, bym jak najszybciej załatwił przekazanie uchodźców, a komisja czym prędzej opuściła Węgry. Takie jest życzenie ministra i nie będzie ich przyjmował. Znalazłem się w dość trudnej sytauacji, nie podałem im oczywiście do wiadomości powyższego stanowiska, lecz z dyplomatycznym sprytem i gościnnością przeciągałem sprawę, aż w końcu-po odtransportowaniu uchodźców- odjechali bez pertraktacji na szczeblu ministerialnym. Opowiadam to wszystko po to, żeby również za pomocą tej małej sprawy uwidocznić nastroje panujące na Węgrzech na najwyższym szczeblu oraz po to ,by bronić autorytet ministra. Wysiadłem z komisją w obozie w Losonc. Na podwórzu obozowym ustawiono Sasów w szeregu w pełen wojskowy szyk. Kobiety i dzieci przydzielano do oddzielnych grup. Wtedy pewien niemiecki oficer wykrzyknął: "Achtung!" i wygłosił do nich mowę. Powiedział, jak zaskoczyło go, że nie znaja formy pozdrowienia(Heil Hitler), że w ich postawie nie widać świeżych sił nowych Niemiec, na ich twarzach maluje się obojętność, podczas gdy mogą zobaczyć tu przedstawicieli Nowych Niemiec. Odtransportują do Niemiec tylko tych, którzy są Niemcami, ale nie tylko z krwi, lecz także z przekonania. Niemcy odróżniają się od wszystkich narodów świata, od nich także. Podczas tych słów stałem obok sekretarza ministerialnego Viktora Pintéra, który w moim wydziale był kierownikiem sekcji polskiej. W Pintérze obudziła się pradawna nienawiść do Niemców i ostentacyjnie, wręcz obraźliwie sie oddalił. Podszedł do siedmiogrodzkich uchodźców(Węgrów), którzy stojąc na obozowym podwórzu, z oddalenia, z uśmiechem i pogardą zarazem przyglądali się scenie, w której starzy Sasi (przybyli do Siedmiogrodu mniej więcej osiemset lat temu) spotkali się z nowymi Niemcami. Jakież to było spotkanie? Brakowało w nim historycznego romantyzmu, braterskiej miłości. Jak innym narodem jesteśmy my, Węgrzy! O ileż inaczej myślimy o spokrewnionych z nami narodach, Finach, Ostiakch..., a przeciez nie potrafimy sie z nimi nawet porozumieć. Rozpoczęła się musztra. Młodzi członkowie niemieckiej komisji ze zmarszczonymi brwiami i grymasem na twarzach przyglądali się maszerującym bez humoru oddziałom. Twarze uchodźców też się z wolna wykrzywiły, na czołach pojawiły się zmarszczki, wszyscy twardo patrzyli przed siebie, kobiety w ciąży również maszerowały w takt, starsze kobiety,mężczyźni z nieruchomą, zesztywniałą posturą uderzali nogami o ziemię.. Co jakiś czas musieli miarowo wykrzykiwać "Heil Hitler", uczyli się, żeby móc nazywać się Niemcami. Niemcy w kilka godzin osiągnęli zadziwiające rezultaty. Twarze saskich uchodźców nie rozluźniły się nawet wtedy, gdy padała komenda "spocznij", a przecież na twarzach dowodzących pojawiła się radość z dobrze wykonanej pracy. Jeszcze tylko trzeba ich nauczyć na rozkaz cieszyc się i będą mogli być Niemcami w stu procentach. Tymczasem Pintér -kpiąc- wydał komendę "baczność" uchodźcom węgierskim, którzy przyglądali się kroczącym w wyprężonym marszu Niemcom, a wtedy i oni pod wpływem tego, co widzieli i słyszeli, lekko zmieszani faktycznie stanęli na baczność. Na to podszedł do niego stary węgierski Sekler i powiedział głośno tylko tyle "proszę uniżenie, niech pan nas nie zawstydza!" Pintér objął starego Węgra i wyczarował na twarzach węgierskich uchodźców ogólny dobry humor i śmiech. Na właściwe badanie niemieckich uchodźców, mające miejsce w oddzielnej sali, przyszedł czas dopiero po tych dydaktyczno-dysciplinarnych ćwiczeniach. Oficer Gestapo zadawał im pytania z jakieś książki. Uchodźcy musieli wymienić nazwiska dziadków,babć,matek i ojców.Młodzi czlonkowie komisji, gdy w prostej linii trafił się niechlubny przodek, w postaci rumunskiego albo węgierskiego dziadka, babki, nie mówiąc już o matce lub ojcu, wówczas z naganą, wręcz z przestrachem kręcili głowami. A jeśli saski uchodźca mial ciemniejszą skórę i czarne wlosy! Wówczas skinięciem głowy przywoływano niemieckiego lekarza aby wypowiedział sie w kwestii czystości rasy. Tłumaczyłem im,że Rumuni są ludami łacińskimi, poniewaz Rumunia była niegdys prowincją rzymską i trafiło tam wielu rzymskich wygnańców, choćby Owidiusz, jeden z największych starożytnych poetów. Tak więc pomieszanie krwi rumunskiej, niemieckiej to doskonała mieszanka. Wszystkie moje argumenty były jednak próżne, w stosunku do 75%% Niemców pozostali nieugięci. Nie byli skłonni ich przyjąć, to samo dotyczyło także węgierskiej linii pokrewieństwa. Co stałoby się z Rumunami I Wegrami gdyby Hitler zwyciężył? Nie przyjeli też jednak czystej krwi starców, ani chorych".

Jakieś problemy techniczne występują....Nie mogę cytować, wpis staje się nieczytelny. Przedostatni post edytowałem kilka razy.

O, świetne.
Podbijanko.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de Zoo
Wychodzi na to, że te dobre relacje polsko-węgierskie opierają się na faktach. Moje wątpliwości znikają, że tak powiem.

Moje też :-) Kolega Ulryk kawał naprawdę dobrej roboty tu zrobił, a ja przyjaźń polsko-węgierską zaczynam propagować wśród moich znajomych.

Napisał/a: wódkaKolega Ulryk kawał naprawdę dobrej roboty tu zrobił

Dobrze, dobrze. Proszę tu nie zapominać o mojej, jakże ważkiej roli. Żebym go nie podpudlił, to by nie powklejał. :)))))

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de Zoo
Napisał/a: wódkaKolega Ulryk kawał naprawdę dobrej roboty tu zrobił
Dobrze, dobrze. Proszę tu nie zapominać o mojej, jakże ważkiej roli. Żebym go nie podpudlił, to by nie powklejał. :)))))

Pewnie, że nie bo to sprawy oczywiste som. x)

Szlachectwo dają uczynki, a nie wysokie urodzenie, a odwaga rodzi chwałę.

Wspomnienia pana Bronisława Jędryka urodzonego w Stanisławowie, zmarłego w Szczecinie w 2009 roku "Moje dzieje".

Po ucieczce Sowietów przed Niemcami ze Stanisławowa, miasto został zajęte od południa 2 lub 3 lipca 1941 roku przez, wojska węgierskie, które były wtedy w sojuszu z Niemcami. Pierwszym objawem stosunku Wegrów do miejscowej ludności, a więc w zdecydowanej większości Polaków-mieszkanców Stanisławowa, było ustawienie na ulicach kilku, a może kilkunastu kuchni polowych, wydających miejscowej ludności cywilnej, jak to się wówczas mówiło-paprykarz czyli ostrą zupę gulaszową i chleb. Dzieciem rozdawali "witaminy", a były to małe kostki jakiegoś preparatu odżywczego dla wojska, bardzo smacznego, który zastępował też nieosiągalne wówczas słodycze. Bardzo szybko doszło do bratania sie i do indywidualnych znajomości wojskowych węgierskich z Polakami. Mój ojciec poznał wówczas majora węgierskiej żandarmerii, który często wieczorami przesiadywał u nas. Trudności w porozumiewaniu sie nie było, ponieważ większość Polaków w Galicji z tego pokolenia znała język niemiecki, podobnie jak Węgrzy(...)Węgier rzecz jasna nie przychodził z pustymi rękami. W tym czasie zawsze w domu, dzięki niemu, było prawdziwe, dobre salami węgierskie, konserwy, wojskowy chleb i czerwone wino, a dla mnie wspomniane już "witaminy". Pamiętam,że wieczorami prowadzono z gościem długie dyskusje, wspólnie słuchano wiadomości nadawanych przez radio, a bywało też, że przychodzili sąsiedzi. Sam się temu dziwię, ze pewne drobne sekwencje wydarzeń, tak odległe w czasie, zdołały się zachować w mojej pamięci przez tyle lat. Pamiętam na przykład, że sąsiad z tej samej ulicy pan Buczyński, zwrócił sie do ojca z pewną prośbą, związaną ze znajomością ojca z majorem węgierskiej żandarmerii. Otóz sąsiad ten miał na wsi w okolicy Stanisławowa rodzinę, którą napadali i gnębili Ukraińcy, co w owym czasie bywało coraz częstsze. Prośba polegała na tym, żeby ojciec załatwił przez Węgra ochrone i przewiezienie tej rodziny do Stanisławowa. Prośbę tę żandarmeria sprawnie i życzliwie spełniła. Jak świadczą o tym opisane przykłady, Węgrzy bardziej przyjaźnili sie i pomagali Polakom, niż dawali odczuć, że jako formalni sojusznicy Niemców są naszymi okupantami. Ta sielanka trwała niestety tylko kilka miesięcy. Wkrótce okupację tych terenów mieli przejąć od Węgrów Niemcy. Nasz znajoy major, uprzedził rodziców o tym co ma nastąpić. Ostrzegał, o tym co co nas czeka po wkroczeniu wojsk niemieckich. Nie o wszystkim wiedział co miało sie zdarzyc, ale dobrze przewidział,że będzie wprowadzone drastyczne racjonowanie żywności, zostaną skonfiskowane wszystkie radia, a za niepodporządkowanie się władzom będą stosowane drakońskie represje. Rodzice mieli kupione tuz przed wybuchem wojny nowoczesne radio dwugłosnikowe z "magicznym okiem" marki "Electrit". Radio to, w ostatnich dniach pobytu Węgrów, rodzice zamiast później oddac Niemcom, sprezentowali zaprzyjaźnionemu majorowi. Jakiś czas po zabraniu radia i pozegnaniu Węgra, zupelnie nieoczekiwanie podjechał pod dom węgierski wojskowy samochód i adiutant majora naznosił do domu różne dobra. Kilka skrzynek wina, całe naręcze salami, a na końcu w "pałatce" mnóstwo paczek papierosów marki "Honved" i "Symhonia" oraz pakietów tytoniu. W ten sposób Węgrzy ostatecznie pożegnali się z nami. W późniejszych latach wojny ojciec często wspominał oraz opowiadał z żalem i ogromną sympatią o okresie "okupacji" węgierskiej. W tym czasie w roku szkolnym 1941/42 chodziłem do trzeciej klasy szkoły podstawowej.

http://stanislawow.net/wspomnienia/jedryk_dzieje.htm?pgid=1#page

Tadeusz Olszański "Opowieści z rodzinnego grodu" -
Bodaj w cztery dni po panicznej ucieczce Sowietów ze Stanisławowa, w czerwcu 1941 r., do miasta wkroczyli Węgrzy. Natychmiast położyli kres pogromom żydowskim prowadzonym przez uzbrojone grupy ukraińskie. Ukraińscy nacjonaliści w oczekiwaniu na wejście Niemców zorganizowali się, zdobyli broń, sterroryzowali miasto i polowali na Żydów. Byli pewni, że wreszcie nastanie nezawisła Ukraina. Mieszkaliśmy wtedy na ul. Kamińskiego 13, naprzeciw kliniki dr. Gutta, obok urszulanek, i przez te kilka dni ukrywało się u nas trzech synów dyrektora banku Weissberga, dawnego sąsiada. Węgierskie dowództwo ulokowało się w klasztorze i szkole urszulanek. Nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności dowódcą garnizonu był płk Domokos Ayckler, którego żoną była serdeczna przyjaciółka mojej matki z lat młodzieńczych. Ayckler dobrze też znał braci mojej matki – Arpada i Sandora Simenfalvych, którzy zajmowali wysokie stanowiska w administracji regenta Horthyego. Arpad Simenfalvy był liderem mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu i po odzyskaniu jej przez Węgrów w 1939 r. został wojewodą trzech komitatów – Ugoczy, Beregu i Ungvaru (dziś na Ukrainie – Winohrady, Beregowo i Użhorod), graniczących naprzód z Polską, a w czasie wojny z Generalną Gubernią. Właśnie przez te komitaty przenikali polscy uchodźcy na Węgry, a po 1941 r. tędy wiódł szlak kurierów. Sandor Simenfalvy był natomiast dyrektorem KEOKH, czyli Państwowego Centralnego Urzędu Kontroli Cudzoziemców w Budapeszcie, a więc instytucji, która obok IX departamentu ministerstwa spraw wewnętrznych zajmowała się sprawami wszystkich uchodźców, również Polaków, na Węgrzech. Pułkownik Ayckler był ich przyjacielem i mimo niemieckiego nazwiska nie był zwolennikiem sojuszu z III Rzeszą. Oczywiście moja matka z doktorową Niemczewską natychmiast nawiązały z nim kontakt. Węgrzy szybko wprowadzili porządek i zorganizowali wydawanie żywności. Przed urszulankami ustawiły się kolejki po wydawany przez Węgrów chleb oraz gorącą zupę z polowych kuchni.(...)
W tych pierwszych dniach pobytu honvedów (żołnierzy węgierskich) w Stanisławowie stała się rzecz niezwykła: polska ludność wrogie w końcu wojska potraktowała jako opiekunów i przyjaciół. A to z tego względu, że Madziarzy na każdym kroku okazywali Polakom pomoc i serdeczność. Jednym z wielu dowodów niech będzie choćby fragment pamiętnika Genowefy Jop-Stenzel „Sybir – wspomnienia przez łzy”. Wywieziona w 1940 r. z małymi dziećmi na Sybir, gdzie jedno z nich zmarło, zdecydowała się na ucieczkę, która cudem jej się udała, i powróciła w rodzinne strony. Tam jednak wiosną 1941 r. znów ją złapało NKWD i z dwuletnim synkiem trafiła do więzienia w Stanisławowie. Tu znów cudem uniknęła śmierci, choć Sowieci, tuż po wybuchu wojny z Niemcami, rozstrzelali w stanisławowskim więzieniu kilkaset osób. Jej nie zdążyli już zabić. Młoda, kompletnie wyczerpana kobieta z dzieckiem na ręku znalazła się całkowicie samotnie na ulicach obcego miasta. „Wlokłam się wprost przed siebie, dziecko zaczynało podnosić rączki, coś zaczynało seplenić pa, pa, ja nawet nie zwróciłam uwagi do kogo, pochłonięta myślą – skąd zdobyć coś do jedzenia. Wtem ktoś z tyłu zaczął machać do dziecka ręką, ono zaś coraz częściej odpowiadało pa, pa. Obejrzałam się i spostrzegłam tuż za plecami starszego, szpakowatego pana w mundurze żandarmerii węgierskiej wojskowej trzymającego paluszek mego dziecka. (...) Prawda o niemowlęciu, więzieniu i moich losach wstrząsnęła tym człowiekiem. Natychmiast poprosił mnie, bym z nim udała się do kwatery wojskowej, gdzie dostałam posiłek dla siebie i dziecka oraz trochę zapasów na przyszłość. Przez okres następnych dni posyłał mi ordynansem żywność gotowaną i suchą, ale wnet Węgrzy opuścili Stanisławów i więcej już tego pana nie widziałam”.

Dziękuję za wszystkie opinie i komentarze. Mogę tylko zacytowć wspomnianego wyżej Mariana Zdziechowskiego:
"Mógłbym milczeć, ale pisanie weszło mi
w nałóg. Im większe jest osamotnienie moje, tym wyraźniej słyszę mój
głos wewnętrzny, nakazujący iść przeciw dzisiejszemu światu."

Tadeusz Olszański
4 listopada 2009
Opowieści z rodzinnego grodu
W dramatycznych latach, wbrew największym przeciwnościom losu, Polacy i Węgrzy wspierali się wzajemnie. Na przykład w Stanisławowie, który w II RP znajdował się dosłownie o krok od południowej granicy.
Na karpackim Pokuciu mieszkało wiele narodowości – Polacy, Ukraińcy, Rusini, Huculi, Żydzi, Niemcy, Ormianie, Węgrzy, Rumuni, Cyganie – i od stuleci przenikały się tu różne kultury. Podkarpacie było polskie, Zakarpacie węgierskie, bez względu na to, czy tereny te należały do Polski, Węgier czy – od początków XIX w. – do Austrii. Właśnie w tym czasie Polaków i Węgrów po obu stronach Karpat najmocniej połączyło dążenie do odzyskania niepodległości. Było, minęło. Od 1945 r. tereny te znalazły się pod władzą radziecką, a dziś należą do niepodległej Ukrainy. W 1962 r. Nikita Chruszczow, przywódca ZSRR, przemianował Stanisławów (po ukraińsku Stanislaw) na Iwano-Frankowsk. I tak już zostało.

Wiosna Ludów

Dobre imię Węgrów ugruntowało się w Stanisławowie w czasie Wiosny Ludów. W skład stacjonującego w mieście austriackiego garnizonu wchodził również szwadron węgierskich huzarów, dowodzony przez kapitana Janosa Lenkeya. Tuż po wybuchu powstania 15 marca 1848 r. w Budapeszcie doszło również na początku kwietnia do rozruchów w Stanisławowie. Podobnie jak na Węgrzech, polska ludność w Galicji domagała się wolności. Dowódca garnizonu polecił węgierskim huzarom spacyfikowanie demonstracji. Kapitan Lenkey odmówił wykonania rozkazu. Demonstrację stłumili Austriacy. Padły strzały, było wielu rannych i jeden zabity. Jego pogrzeb stał się okazją do jeszcze większej demonstracji. Znów wyszło wojsko.

Jakież jednak było zdumienie Austriaków, kiedy okazało się, że trumnę niosą na ramionach węgierscy huzarzy, w pogrzebie uczestniczy cały szwadron z bronią w ręku, a obok polskich flag łopoce i węgierska. Dzięki temu uniknięto kolejnej masakry. Następnego dnia Lenkey został aresztowany. Wtedy szwadron zbuntował się i ruszył na Węgry. Dowódca garnizonu zwolnił wówczas kapitana z aresztu i wysłał go za huzarami, by rozkazał im zawrócić. Lenkey dogonił szwadron i dla zachowania pozorów dał się wziąć podwładnym za jeńca. Faktycznie natomiast poprowadził oddział przez zaśnieżone Karpaty na Węgry, co było już jawną dezercją – kula w łeb za to – i dotarł do kraju, gdzie węgierskie oddziały przechodziły na stronę powstańców. Na Węgrzech jest czczony do dziś jako jeden z bohaterów powstania, którego największymi wszakże postaciami byli Ludwik Kossuth oraz polski generał Józef Bem.

Węgiersko-polskie rodziny

W Stanisławowie było dużo polsko-węgierskich małżeństw. Na ulicy 3 Maja znajdował się sklep z materiałami odzieżowymi Kerekgyarto. Właścicielem był Węgier o tym trudnym do wymówienia nazwisku, chyba inżynier, miał trzy córki: Irmę, Linę i Olgę. Kerekgyartowie byli bardzo zamożni. Irma i Lina były pannami, a Olga wyszła za mąż za Polaka, wysokiego rangą urzędnika kolejowego, który podróżował służbowo po całej Europie i przy okazji zawsze kupował obrazy. Wszystkie ściany w mieszkaniu Kerekgyartów były obwieszone obrazami niczym w galerii. Moja matka, z którą raz i drugi byłem u państwa Kerekgyartów, zachwycała się kolekcją i niejednokrotnie wspominała później, że były tam cenne dzieła francuskich impresjonistów. Bez wątpienia była to najwartościowsza prywatna kolekcja w Stanisławowie.

Węgierki będące żonami Polaków założyły kółko towarzyskie i regularnie się spotykały. Oczywiście było to kółko miejscowej inteligencji, a więc wyższej sfery. Najważniejszą postacią była żona generała Romualda Dąbrowskiego – Elżbieta Brulik, córka barona węgierskiego, który był znanym tenorem i śpiewał w operach w Budapeszcie i Wiedniu. Elżbieta bywała na dworze cesarzowej Sissi i tam poznała urodzonego na Bukowinie młodego Polaka, oficera C.K. – Dąbrowskiego, który był adiutantem wyższego rangą wojskowego dostojnika na cesarskim dworze. Romuald ukończył szkołę kadetów w Budapeszcie, a następnie słynną Akademię Wojskową Ludovica. Od 1895 r. służył na Węgrzech, naprzód jako dowódca batalionu, a potem pułku piechoty. Wyróżnił się w czasie I wojny światowej na froncie rosyjskim i doszedł w armii austro-węgierskiej do stopnia podpułkownika. Następnie już w wojsku polskim zyskał w wojnie z bolszewikami sławę świetnego dowódcy dywizji. Generałem został mianowany w 1927 r. Mówił świetnie po węgiersku. Po przejściu na emeryturę zamieszkał w Stanisławowie. Był moim ojcem chrzestnym. Dąbrowscy mieli dwóch synów: Franciszka i Romualda. Obaj byli oficerami, kapitan Franciszek Dąbrowski zasłynął jako zastępca dowódcy Westerplatte majora Sucharskiego.

Węgierką była też żona doktora Erazma Niemczewskiego – Katarzyna Hezser z miasta Nagyszollos, mistrzyni Stanisławowa i Lwowa w tenisie. Startowała w mistrzostwach Polski i walczyła nawet z samą największą sławą tamtych lat Jadwigą Jędrzejowską. To właśnie ona była duszą towarzystwa, wiecznie organizowała spotkania, odczyty, wycieczki. Niemczewscy mieli starszych ode mnie – córkę Verę i syna Kazimierza. To Katarzyna ściągnęła do Stanisławowa swoją młodszą koleżankę, a moją matkę, i doprowadziła do małżeństwa z moim ojcem, również lekarzem. Z Niemczewskimi byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Doktor Niemczewski służył w Legionach Piłsudskiego i kiedy wypowiedziały one posłuszeństwo Austriakom, wraz z innymi polskimi legionistami został internowany w Maramorossziget (dziś Maramures w Rumunii). Gdy padła monarchia i rozwiązano obóz, polscy oficerowie w poszukiwaniu kwater trafiali pod gościnne dachy Węgrów. W taki sposób zupełnym zbiegiem okoliczności kapitan dr Erazm Niemczewski zatrzymał się w Nagyszollos u państwa Hezserów i poznał swą przyszłą żonę. Wielu polskich legionistów zakochało się wówczas w Węgierkach, z którymi wkrótce się pobrali.

Również trzeci lekarz dr Chorzemski miał węgierską żonę oraz trzech synów. Węgierką była Irma Ulbrich, żona właściciela cukrowni. Ich wnukiem jest Stefan Kudelski, twórca magnetofonu Nagra, żyjący w Szwajcarii. Węgierkami były żony dwóch ukraińskich lekarzy – ginekologów Małaniuka oraz Wojewidki, a także ukraińskiego adwokata Ławryszki. Do tego towarzystwa należała też rodzina ożenionego z Polką węgierskiego lekarza Ludwika Morvaya z Tyśmienicy. Nie chciał on złożyć przysięgi wierności Czechom i osiedlił się na Pokuciu. Miał syna i dwie córki. Wszystkie dzieci z tych polsko-węgierskich małżeństw mówiły lepiej lub gorzej po węgiersku, bo matkom bardzo na tym zależało.

Środowisko węgierskie było liczniejsze: sto, a może więcej rodzin. Poza pamięcią nie zachowała się żadna dokumentacja. Madziarzy spotykali się w kościele ormiańskim 15 marca, w dniu narodowego święta Węgier. Kościół był zawsze pełny, a mieściło się w nim co najmniej 400 osób. To w tym kościele po raz pierwszy w życiu usłyszałem pełen dostojeństwa i podobny w nastroju do „Boże coś Polskę” hymn „Isten ald meg a Magyart” („Boże pobłogosław Węgrom”), śpiewany niemal przez wszystkich po węgiersku.

Niezwykle aktywną na polu krzewienia węgierskości była córka doktora Morvaya, energiczna panienka Wanda, która uczyła się i mieszkała w internacie gimnazjum sióstr urszulanek przy ul. Kamińskiego. A my w 1938 r. zamieszkaliśmy dosłownie obok klasztoru. To na akademii u sióstr urszulanek w dniu 15 marca usłyszałem węgierski hymn śpiewany przez polskie uczennice. A potem oglądałem, jak polskie dziewczyny tańczyły czardasza.

Stanisławowscy Węgrzy utrzymywali kontakt ze swoimi ojczystymi stronami. Nie były to jednak wtedy Węgry, lecz Czechosłowacja. Dopiero w marcu 1939 r. tereny te wróciły do Węgier (aczkolwiek w dość ponurych okolicznościach, jako odprysk hitlerowskiego planu rozbioru Czechosłowacji; Polska weszła wtedy na Zaolzie). Na krótko mieliśmy wspólną granicę. Wywieszono wtedy na balkonach i w oknach polskie i węgierskie flagi.

Wojna i sowiecka okupacja

Wspólna granica nabrała ogromnego znaczenia z chwilą wybuchu wojny. Węgry wprawdzie znalazły się po stronie III Rzeszy, ale odmówiły Hitlerowi zgody na przemarsz wojsk niemieckich i uderzenie na Polskę od południowej flanki. Umożliwiły też ewakuację dziesiątków tysięcy Polaków, w tym całych jednostek wojskowych z brygadą pancerną płk. Maczka oraz personelu lotniczego. Zapewniły opiekę nad uchodźcami i tolerowały konspiracyjną działalność oraz przerzuty kurierskie, aż do chwili zajęcia Węgier przez Niemców w marcu 1944 r. Znaczenia nabrały więc polsko-węgierskie rodzinne powiązania, zwłaszcza w przygranicznym regionie Pokucia.

Po wejściu Sowietów węgierskie środowisko poniosło natychmiast stratę. NKWD zniszczyło generała Dąbrowskiego. W mojej pamięci, a miałem wtedy 9 lat, pozostaje, że Dąbrowskich wywieziono razem zaraz w pierwszej wywózce na Sybir. I choć pani generałowa była chorowita – leczył ją mój ojciec – a generał dziarski, to w zatłoczonym wagonie został po prostu zaduszony. Generałowa natomiast dzielnie wytrzymała podróż, czuwając przy zwłokach męża, a potem zniosła zsyłkę do Kazachstanu, gdzie zmarła pod koniec wojny. Ówczesną rzeczywistość dokładnie opisał wiarygodny i bezpośredni świadek wydarzeń Stanisław Fudalej w książce „80 miesięcy w kleszczach sierpa i młota”. Miał wówczas 12 lat i znalazł się 12 kwietnia 1941 r. na tej samej ciężarówce i w tym samym wagonie co generałowa Dąbrowska w transporcie do Kazachstanu.

Rodzinę Kerekgyarto, jako klasycznych kapitalistów, Sowieci natychmiast wyrzucili z mieszkania, ograbili z majątku i wysiedlili na peryferia. Siostry Lina i Irma były tam napastowane przez pijanych sołdatów Czerwonej Armii. Jedna z nich nie wytrzymała tych przejść i zmarła.

Węgierski garnizon

Bodaj w cztery dni po panicznej ucieczce Sowietów ze Stanisławowa, w czerwcu 1941 r., do miasta wkroczyli Węgrzy. Natychmiast położyli kres pogromom żydowskim prowadzonym przez uzbrojone grupy ukraińskie. Ukraińscy nacjonaliści w oczekiwaniu na wejście Niemców zorganizowali się, zdobyli broń, sterroryzowali miasto i polowali na Żydów. Byli pewni, że wreszcie nastanie nezawisła Ukraina.

Mieszkaliśmy wtedy na ul. Kamińskiego 13, naprzeciw kliniki dr. Gutta, obok urszulanek, i przez te kilka dni ukrywało się u nas trzech synów dyrektora banku Weissberga, dawnego sąsiada. Węgierskie dowództwo ulokowało się w klasztorze i szkole urszulanek. Nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności dowódcą garnizonu był płk Domokos Ayckler, którego żoną była serdeczna przyjaciółka mojej matki z lat młodzieńczych. Ayckler dobrze też znał braci mojej matki – Arpada i Sandora Simenfalvych, którzy zajmowali wysokie stanowiska w administracji regenta Horthyego.

Arpad Simenfalvy był liderem mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu i po odzyskaniu jej przez Węgrów w 1939 r. został wojewodą trzech komitatów – Ugoczy, Beregu i Ungvaru (dziś na Ukrainie – Winohrady, Beregowo i Użhorod), graniczących naprzód z Polską, a w czasie wojny z Generalną Gubernią. Właśnie przez te komitaty przenikali polscy uchodźcy na Węgry, a po 1941 r. tędy wiódł szlak kurierów. Sandor Simenfalvy był natomiast dyrektorem KEOKH, czyli Państwowego Centralnego Urzędu Kontroli Cudzoziemców w Budapeszcie, a więc instytucji, która obok IX departamentu ministerstwa spraw wewnętrznych zajmowała się sprawami wszystkich uchodźców, również Polaków, na Węgrzech. Pułkownik Ayckler był ich przyjacielem i mimo niemieckiego nazwiska nie był zwolennikiem sojuszu z III Rzeszą. Oczywiście moja matka z doktorową Niemczewską natychmiast nawiązały z nim kontakt. Węgrzy szybko wprowadzili porządek i zorganizowali wydawanie żywności. Przed urszulankami ustawiły się kolejki po wydawany przez Węgrów chleb oraz gorącą zupę z polowych kuchni. Węgrzy przez kilka tygodni stanowili garnizon Stanisławowa, ale potem pojawiło się gestapo ze sławetnym hitlerowskim zbrodniarzem obersturmführerem Hansem Krugerem.

W tych pierwszych dniach pobytu honvedów (żołnierzy węgierskich) w Stanisławowie stała się rzecz niezwykła: polska ludność wrogie w końcu wojska potraktowała jako opiekunów i przyjaciół. A to z tego względu, że Madziarzy na każdym kroku okazywali Polakom pomoc i serdeczność. Jednym z wielu dowodów niech będzie choćby fragment pamiętnika Genowefy Jop-Stenzel „Sybir – wspomnienia przez łzy”. Wywieziona w 1940 r. z małymi dziećmi na Sybir, gdzie jedno z nich zmarło, zdecydowała się na ucieczkę, która cudem jej się udała, i powróciła w rodzinne strony. Tam jednak wiosną 1941 r. znów ją złapało NKWD i z dwuletnim synkiem trafiła do więzienia w Stanisławowie. Tu znów cudem uniknęła śmierci, choć Sowieci, tuż po wybuchu wojny z Niemcami, rozstrzelali w stanisławowskim więzieniu kilkaset osób. Jej nie zdążyli już zabić. Młoda, kompletnie wyczerpana kobieta z dzieckiem na ręku znalazła się całkowicie samotnie na ulicach obcego miasta.

„Wlokłam się wprost przed siebie, dziecko zaczynało podnosić rączki, coś zaczynało seplenić pa, pa, ja nawet nie zwróciłam uwagi do kogo, pochłonięta myślą – skąd zdobyć coś do jedzenia. Wtem ktoś z tyłu zaczął machać do dziecka ręką, ono zaś coraz częściej odpowiadało pa, pa. Obejrzałam się i spostrzegłam tuż za plecami starszego, szpakowatego pana w mundurze żandarmerii węgierskiej wojskowej trzymającego paluszek mego dziecka. (...) Prawda o niemowlęciu, więzieniu i moich losach wstrząsnęła tym człowiekiem. Natychmiast poprosił mnie, bym z nim udała się do kwatery wojskowej, gdzie dostałam posiłek dla siebie i dziecka oraz trochę zapasów na przyszłość. Przez okres następnych dni posyłał mi ordynansem żywność gotowaną i suchą, ale wnet Węgrzy opuścili Stanisławów i więcej już tego pana nie widziałam”.

Otwarcie granicy dla Żydów

W 1938 r. Stanisławów miał ponad 60 tys. mieszkańców, w tym jedną trzecią ludności żydowskiej. Po zajęciu Czechosłowacji przez Niemców napłynęło dodatkowo do miasta tysiące czeskich Żydów. Oni nie mieli wątpliwości, co ich czeka pod panowaniem Hitlera. Inaczej polscy Żydzi. Pamiętam rozmowy moich rodziców z Weissbergami. On, jako dyrektor banku, sporo wycierpiał pod okupacją sowiecką, siedział nawet kilka miesięcy w więzieniu.

Natychmiast uciekajcie! – przekonywał Weissbergów mój ojciec. – Niemcy wszystkich was zamordują! Korzystajcie z tego, że są tu Węgrzy i granica w tej chwili nie istnieje. Rzeczywiście, przez całą pierwszą połowę lipca granica była pilnowana tylko od strony Węgier i kto był przytomny, ten z tego korzystał. Była to druga po wrześniu 1939 r. fala uchodźców, którzy ruszyli na Węgry. Ale dyrektora Weissberga nie można było przekonać. Najgorsze sowieckie lata już za nami, twierdził, Niemcy to kulturalny naród, nie zrobią nam krzywdy.

Do ewakuacji czynnie włączył się, prawdopodobnie dzięki Aycklerowi, węgierski garnizon. Z Węgier przychodziły transporty kolejowe z zaopatrzeniem. Wagony nie wracały puste, lecz właśnie z tymi, którzy chcieli wyjechać. W dwa lata później, w innych okolicznościach, poznałem osobiście technikę tych przerzutów, ale wtedy, latem 1941 r., odbywało się to wręcz jawnie. Na rampie towarowej na Majzlach, w pobliżu willi państwa Ulbrichów, zaczęli koczować ludzie z tobołami, głównie Żydzi. Lato było niezwykle upalne i często razem z matką chodziliśmy do Ulbrichów, skąd było blisko do płynącej opodal rzeki Bystrzycy, w której beztrosko się kąpaliśmy. Warto podkreślić, że Żydzi otrzymywali na Węgrzech dokumenty polskich uchodźców bez wymieniania ich żydowskiego pochodzenia. Pozwoliło to im przetrwać całą wojnę.

W tej fali przedostało się na Węgry co najmniej kilka tysięcy uchodźców, m.in. doktorowa Niemczewska. Przyjechał po nią specjalny samochód z Węgier. Pani Niemczewska błagała męża, aby jechał razem z nią na Węgry, gdzie zresztą były już ich dzieci. Doktor Niemczewski na swoją zgubę odmówił.

Wkracza gestapo

Dopiero na początku sierpnia 1941 r. granicę Guberni zabezpieczyły niemieckie formacje grenschutzu. Węgierski garnizon opuścił Stanisławów i nastały rządy szefa gestapo Hansa Krugera. To on dokonał wcześniej brutalnej eksterminacji inteligencji polskiej we Lwowie – profesorów i pisarzy, a następnie przeprowadził identyczną akcję w naszym mieście. Od 10 sierpnia rozpoczęły się aresztowania zakończone zwołaniem przez gestapo narady polskich nauczycieli pod pretekstem przygotowań do nowego roku szkolnego. Oczywiście, nikt już z tej sali nie wyszedł. Tylko w sierpniu wymordowano pod Stanisławowem w miejscowości Czarny Las blisko 200 polskich nauczycieli, lekarzy, księży, urzędników, wśród nich znalazł się doktor Niemczewski. Kruger na własną rękę podjął się też likwidacji Żydów i w październiku, w ciągu dwóch dni, wymordował na kirkucie 10 tys. osób, a do końca 1942 r. kolejnych 25 tys.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że mój ojciec uratował się z tej pierwszej rzezi dzięki temu, że miał żonę Węgierkę. Niemniej wyrzucono nas z mieszkania przy Kamińskiego i przenieśliśmy się do skromnego domku na rogu Zarzewia i 3 Maja. Przez Stanisławów nadal przejeżdżali Węgrzy, tędy szło zaopatrzenie dla I armii węgierskiej walczącej na froncie wschodnim. Często zaglądali do nas oficerowie węgierscy z korespondencją oraz paczkami żywności i odzieży dla mojej matki. Nazwisko jednego z nich dobrze zapamiętałem – był to major policji Batisfalvy, adiutant jednego z moich wujków. Pomoc przekraczała nasze potrzeby, więc dzieliliśmy ją wśród znajomych. Jesienią 1941 r. rozegrał się dramat doktora Wojewidki, który mieszkał na Lipowej. Jego żona była piękną kobietą, Węgierką, ale żydowskiego pochodzenia. Upodobał ją sobie Kruger. Wojewidka był bardzo zamożny, więc Kruger naprzód łudził go, szantażował i wyciągnął wszystkie skarby, a w końcu nie dotrzymując obietnicy wypuszczenia na Węgry aresztował i zamordował oboje.

W maju 1942 r. aresztował też całą rodzinę Morvayów. Zaangażowali się oni w przerzut Polaków na Węgry. Mieli willę w Jaremczu, która stała się punktem przerzutowym. W dodatku młody Kazimierz Morvay jako porucznik polskiego wojska po kampanii wrześniowej znalazł się w Budapeszcie. Ponieważ doskonale mówił po węgiersku, został oficerem łącznikowym między przedstawicielstwem internowanych na Węgrzech polskich żołnierzy a węgierskim ministerstwem obrony, o czym doskonale wiedział niemiecki wywiad. 16-letnia Wanda Morvay współpracowała czynnie z kurierami, odbierała ich w Stanisławowie, przewoziła do willi w Jaremczu, skąd przedostawali się na Węgry. To właśnie ją ścigało gestapo, ale ponieważ nie mogli jej złapać, aresztowano rodziców. Wanda, aby ich ratować, zgłosiła się dobrowolnie. Natychmiast ją zamknięto, ale rodziców nie wypuszczono! Morvayowie byli torturowani i głodzeni. Węgrzy stanęli w ich obronie.

Doskonale pamiętam, jak piękna Marta Simenfalvy, żona wojewody Arpada Simenfalvy, a więc mego wujka, przyjechała jesienią 1942 r. do Stanisławowa ze specjalną misją i spotkała się z Hansem Krugerem. Przywiozła węgierskie paszporty dla Morvayów wystawione przez szefa KEOKH Sandora Simenfalvyego i wręczyła odpis oficjalnej noty węgierskiego MSZ do rządu III Rzeszy, żądającej uwolnienia Morvayów jako swoich obywateli. Przedmiotem jej misji była też interwencja w sprawie aresztowanej przez Krugera i trzymanej w stanisławowskim więzieniu hrabiny Karoliny Lanckorońskiej. Przyjeżdżała ona do Stanisławowa z ramienia zalegalizowanej przez okupanta Rady Głównej Opiekuńczej. Oprócz udzielania pomocy rodzinom aresztowanych przez gestapo RGO prowadziło znacznie szerszą działalność, było w kontakcie z ruchem oporu. Kruger aresztował hrabinę Lanckorońską w maju 1942 r., osobiście ją przesłuchiwał, dręczył, usiłując za wszelką cenę zdobyć dowody na jej współpracę z polską konspiracją. W toku tych przesłuchań pienił się, dostawał szału, a w jednym z takich ataków ujawnił, że to on wymordował lwowską oraz stanisławowską inteligencję. Mówił tak z przekonaniem, że hrabina nie wyjdzie żywa z jego rąk. Pomylił się. Pod wpływem wielu nacisków musiał pod koniec maja wypuścić hrabinę, która wszystko opisała w swoich wspomnieniach. To stało się koronnym dowodem w powojennych procesach, m.in. przeciw Krugerowi.

Być może przedstawione przez Martę Simenfalvy prośby węgierskiej arystokracji mogły mieć wpływ na uwolnienie hrabiny Lanckorońskiej, ale w sprawie rodziny Morvayów niewiele wskórała. Dr Morvay zmarł w więzieniu, córkę Wandę wywieziono do Majdanka. Chorą na tyfus Morvayową wypuszczono dopiero jesienią. Przyjęliśmy ją do nas, wykurowaliśmy i dopiero po miesiącu wyjechała do Lwowa, gdzie działała komisja Węgierskiego Czerwonego Krzyża, która zajmowała się repatriacją Węgrów zamieszkałych na dawnych polskich terenach. Znacznie dłużej trwały oficjalne starania, już dyplomatyczną drogą via Berlin, o uwolnienie 16-letniej Wandy, którą wypuszczono w końcu z Majdanka w stanie skrajnego wyczerpania. Opisała ona dokładnie tę całą historię w wydanych w Polsce i na Węgrzech „Wspomnieniach polskich uchodźców na Węgrzech”.

Więcej niż pomoc

Po tragicznym 1942 r., kiedy wydawało się, że nic nie powstrzyma zwycięstwa Niemców, nastąpiło wreszcie załamanie i zmiana sytuacji. Coraz częściej zaglądali do nas węgierscy oficerowie. Pamiętam doskonale wizytę spokrewnionego z matką majora Imre Szentpalyego z otoczenia szefa sztabu generalnego węgierskiej armii generała Szombathelyego. Było to latem 1943 r. Wkrótce potem spotkał się on u nas z zaprzyjaźnionym z nami księciem Puzyną (imienia nie zapamiętałem). Puzyna należał do jednego z najznamienitszych arystokratycznych polskich rodów. Był wysoki, chodził w długim, ciemnozielonym płaszczu, nosił myśliwski kapelusik, dokładnie taki jak volksdeutsche. Mówił kilkoma obcymi językami, doskonale po niemiecku, francusku, rosyjsku. Utrzymywał się też z nauczania języków.

Na spotkanie z majorem Szentpalym książę Puzyna przyszedł z dwoma nieznajomymi mężczyznami. Już po wojnie ojciec opowiedział mi, że byli to przedstawiciele (Marian Chirowski, ps. 'Zmora') lwowskiego okręgu AK. Ale dopiero po 1989 r., kiedy z wydanych w Londynie pamiętników hrabiego Stefana Badeniego dowiedziałem się, że ostatnim rezydentem polskiego wywiadu na Węgrzech był hrabia Andrzej Sapieha, z którym spowinowaceni byli Puzynowie – połączyłem w całość wydarzenia. Zwłaszcza że, jak pisze Badeni, Andrzej Sapieha za jego pośrednictwem po przyjeździe do Budapesztu w grudniu 1943 r. został przyjęty przez generała Szombathelyego. Być może od tego spotkania zaczęły się pertraktacje AK ze stacjonującymi na Podolu oddziałami I armii węgierskiej. Uwieńczone porozumieniem o neutralności, wzajemnym informowaniu się, a nawet odstępowaniu przez Węgrów uzbrojenia.

W latach sześćdziesiątych, kiedy jako dziennikarz zacząłem jeździć na Węgry, wielokrotnie na rodzinnym już gruncie spotykałem się z majorem Szentpalym i usiłowałem uzyskać od niego informacje o kontaktach węgierskiej armii z AK. Zdecydowanie odmawiał, bo uważał, że nadal wiąże go wojskowa przysięga. Bolał nad tym, że Węgry w czasie wojny znalazły się po stronie Niemiec, ale z kolei kontakty z AK uważał za złamanie sojuszu z Niemcami i nigdy ich nie ujawnił.

To, że w czasie wojny spotkania odbywały się u nas, było w pełni uzasadnione tym, że ojciec był jednym z niewielu lekarzy w Stanisławowie i przyjmował prywatnie pacjentów. Pracował dzień i noc, był wzywany do nagłych wypadków i miał ausweiss upoważniający do poruszania się nocą, a po drugie miał żonę Węgierkę z dobrymi koneksjami, o czym doskonale wiedzieli Niemcy.

Ucieczka na Węgry

We wrześniu 1943 r. do Stanisławowa znów zawitał węgierski garnizon, a jego dowódcą znów był pułkownik Ayckler. Jednocześnie nasiliła się akcja repatriowania Polaków, którzy mogli wykazać się węgierskim pochodzeniem lub powiązaniem. Była ona prowadzona przez hrabiego Pala Domszkyego, który rezydował wprawdzie w Warszawie, ale jego wysłannicy dostarczali odpowiednie papiery Aycklerowi, a ten pakował ludzi do wagonów, które wracały na Węgry. W taki sposób wyjechała babcia Stefana Kudelskiego pani Irma Ulbrich razem ze swoją wnuczką Lilą. Madziarzy sami plombowali wagony i nie podlegało to kontroli bahnschutzpolizei.

Nasiliły się spotkania z Węgrami w naszym mieszkaniu, a ojciec wzywany był często pod pozorem uczestniczenia w konsylium lekarskim do pozostającego pod niemiecką kontrolą szpitala, gdzie leżeli również węgierscy żołnierze. Gdzieś na początku listopada 1943 r. pojawił się u nas Ayckler i oświadczył, że natychmiast musimy wyjeżdżać. Zaczęliśmy się pakować, bo przed północą miała po nas zajechać ciężarówka. Ojciec dosłownie szalał, bo nie chciał wyjeżdżać, a także zostawić swojego wspaniałego księgozbioru, kilku tysięcy tomów cennych książek medycznych, astronomicznych i historycznych. W końcu ustąpił, bo przecież dobrze wiedział, co spotkało jego kolegów lekarzy zamordowanych przez Niemców. Ciepło ubrani, z walizkami w ręku i jedną skrzynią, do której ojciec wrzucił trochę książek, w tym oryginalną biblię księdza Wujka, czekaliśmy, kto pierwszy się pokaże: Węgrzy czy gestapo?

Ciężarówka z madziarskimi honvedami była pierwsza. Zostaliśmy zawiezieni na rampę kolejową przy moście nad torami kolejowymi naprzeciw rafinerii. Rampa była obstawiona przez węgierskich żołnierzy. Czekało już kilka polskich rodzin. Do dwóch wagonów pakowano różne sprzęty, worki, jakieś meble. Do trzeciego wszystkich nas. Uprzedzono, że pod żadnym pozorem nie możemy zdradzić naszej obecności w wagonie. Wypuszczą nas dopiero Węgrzy, już u siebie. Zasunięto i zaplombowano drzwi towarowego wagonu. Ruszyliśmy jeszcze nocą. Kilka razy stawaliśmy, minął dzień i druga noc, było potwornie zimno, więc ścisnęliśmy się wszyscy w jednym kącie i okryliśmy kocami, aby wzajemnie się ogrzewać. Szybko skończyła się ciepła herbata w termosach i zabrany przez ojca medyczny spirytus.

W Karpatach leżał śnieg. Chyba najdłużej staliśmy w Ławocznej, która znajdowała się jeszcze na terenie GG. Tam słyszeliśmy niemieckie rozmowy, stukanie młotkami. Wreszcie pociąg ruszył. Pół godziny później zazgrzytały drzwi i węgierski żołnierz słowami Itt vannak ezek a Lengyelek! (Tu są ci Polacy!) oznajmił dotarcie do celu. Stacja nazywała się Korosmezo. Na wpół zamarzniętych wydobyto nas z wagonu, zawieziono do łaźni, poddano dezynfekcji, wymyto, nakarmiono i napojono. Na transport czekał również przedstawiciel Komitetu Obywatelskiego Uchodźców Polskich na Węgrzech, który wręczał dokumenty osobiste – legitymacje polskiego uchodźcy, pieniądze, bilety kolejowe oraz skierowania do różnych ośrodków i obozów polskich na Węgrzech. Rodzice udali się do rodzinnego majątku mojej matki w Nagy Tarna, a ja otrzymałem bilet do Balatonboglar i pojechałem prosto do jedynego wówczas w Europie polskiego gimnazjum i liceum, gdzie uczyło się w sumie w czasie II wojny światowej blisko 600 uczniów.

Nigdy nie zapomnę, kiedy ogrzanych już i wykąpanych przyprowadzono nas do kasyna oficerskiego na posiłek. Na nakrytym stole dymiły ogromne wazy zawiesistej zupy. Gdy siedliśmy do stołu, młody oficer węgierski, który cały czas nam towarzyszył, podniósł szklankę z winem i powiedział: – Eljen Lengyelorszag! Niech żyje Polska!

Po wojnie

Niemal wszyscy Polacy, repatriowani z Pokucia w czasie wojny jako Węgrzy, po jej zakończeniu powrócili do ojczyzny. To prawda, że już nie do Stanisławowa czy Lwowa, bo te znalazły się poza granicami Polski. Byli potrzebni jako przedstawiciele nielicznej, ocalałej polskiej inteligencji. Do końca dni swoich zachowali w umysłach pamięć, a w sercach wdzięczność do przyjaciół Węgrów za to, co uczynili dla Polaków w najtrudniejszych latach zagłady. W splocie polsko-węgierskich losów dodatkowym dramatem stał się narzucony w czasach komunizmu okres milczenia o tej świadczonej wbrew trudnościom politycznym pomocy.

Na Węgrzech nie wolno było eksponować niczego pozytywnego o administracji regenta Miklosa Horthyego. W niezwykle bezczelny sposób skwitowano opisywaną akcję tezą, że to „węgierska burżuazja pomagała polskim burżujom” i nie miało to nic wspólnego z prawdziwą polsko-węgierską przyjaźnią, która rozkwitła dopiero w latach socjalizmu. Z ogromnym trudem prawda o tym, jak nam Węgrzy pomogli, zaczęła się przebijać najpierw w Polsce, pod koniec lat pięćdziesiątych, i znacznie później, bo dopiero w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, na Węgrzech. W Polsce było to zasługą głównie Boglarczyków, ludzi, którzy doświadczyli możliwości nauki na Węgrzech w latach wojny. Na Węgrzech stało się to głównie za sprawą dwóch ludzi: dr. Józsefa Antalla juniora (syna Józsefa Antalla, wspaniałego opiekuna Polaków w czasie wojny, pierwszego premiera wolnych Węgier po 1989 r.) oraz historyka dr. Karolya Kapronczay. To dzięki nim w 1985 r. nakładem Wydawnictwa Europa w Budapeszcie ukazał się pierwszy obszerny tom wspomnień polskich uchodźców na Węgrzech pod tytułem „Baratok a bajban” („Przyjaciele w biedzie”), który w latach 1978–81 skompletowałem wspólnie z historykiem Jerzym Robertem Nowakiem. Dopiero w ślad za tym poszły inne, coraz liczniejsze publikacje odkrywające nieznane fakty.

Ulryk ogromne dzięki.Odwalasz kawał świetnej roboty.Naprawdę bardzo mi poprawiłeś nastrój.Zresztą na moim profilu na you tube jest jako nr 1 Hungarica http://www.youtube.com/watch?v=yfH9DAdd96Y

@skius Dziękuję za dobre słowo. Mam nadzieję, ze to co robie nie przypomina opowieści o Atlantydzie;) Cyrus, dziękuję za pomoc:)

"Zresztą na moim profilu na you tube jest jako nr 1 Hungarica" Hungarica ok!:)

Wobec tego przypomnę zakurzony nieco wątek o narodowym rocku węgierskim. Duzo klipów (także z tłumaczeniami) http://rebelya.pl/discussion/19632/2/karpatia/#Item_45 (Wątek jest ciekawy, równiez dlatego, że szanowny rebelyant pkukiz odnalazł w nim po 35 latach swoją ukochaną piosenkę z dzieciństwa. W skrócie: w węgierskim wątku, znalazł rumuńską kapelę, która występuje w enerdowskim filmie;))

Absolutnie nie przypomina;-) Historia Ulryk niesamowicie przyśpiesza,będzie jeszcze dobrze.

Napisał/a: ulryk77Cyrus, dziękuję za pomoc:)

I viceversal - szkoda, ze tak pozno ulryku77 sie tu zjawiles...
Na nieboszczce FF, to bys prochu powachal w bojach.
#]

Napisał/a: CYRUS (Dubrovcanin)
Napisał/a: ulryk77Cyrus, dziękuję za pomoc:)
I viceversal - szkoda, ze tak pozno ulryku77 sie tu zjawiles... Na nieboszczce FF, to bys prochu powachal w bojach. #]
Jestem honorowym członkiem MagyarGarda;) Nie boję się:)

Napisał/a: CYRUS (Dubrovcanin)A potem oglądałem, jak polskie dziewczyny tańczyły czardasza.

I ya też tańczyłem czardasza, w przedszkolu. :))

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

No, jakby tu zrobić totalne, internetowe archiwum & kompendium wiedzy o życzliwości Węgrów w stosunku do Polaków, to wątek wart by był sprzedawania na CD. :)

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de ZooNo, jakby tu zrobić totalne, internetowe archiwum & kompendium wiedzy o życzliwości Węgrów w stosunku do Polaków, to wątek wart by był sprzedawania na CD. :)

Tak se myślę, na podstawie tych wojennych historii, że może lepiej zająć się motywatorami rekultywacji przyjaźni polsko-niemieckiej. Może jak się ta przyjaźń już ugruntuje, to następną razą jak nas znowu najadą, to nie będą do nas strzelać, jak ci Węgrzy w czasie IIWŚ? A my powitamy ich kwiatami?

Doceniam yronię Kulegi, ale się od razu oburzam, jeśli ostrze jej skierowane jest przeciw mej osobie personalnej.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de Zooale się od razu oburzam, jeśli ostrze jej skierowane jest przeciw mej osobie personalnej.

Jestto niemożebne w całej swey wsobnej wewnętrzności.

A, i jeszcze zapytowuję: czy tylko ja, dowiedziawszy się o tych jakże miłych przejściach polsko-węgiersko-wojennych-orazogólnych, poczułem w sercu swem ciepło i w ogóle czy też jestem osamotniony w swej miłości do Węgrów?

A ponieważ miłość trzeba kuć, póki żelazo gorące, to powiem, że na Żoliborzu jest bardzo fajoski sklepik z artykułami węgierskimi w celu spożywczym. Od Zajączka się odchodzi kawałek, ale zapomniałem adresu, chociaż raz podawałem już, nieświadomie pałając do Węgrów tajemnym uczuciem. O, znalazłem, Felińskiego 12. Zaraz podam linka.
http://www.naszeprzysmaki.pl/site.php
Niestety, nie ma tam pięknych, węgierskich dziewcząt - jak to wyżej czytaliśmy. :)))
EDIT: widzę, że są tam też produkty gruzińskie!

A jak już tu, na Żoliborzu przy Zajączka jesteście, to trzeba zrobić 12-min. spacer Czarnieckiego do "Win Mołdowy" i nabyć tam drogą wymiany towarowo-pieniężnej wina gruzińskie, oczywiście. Babeczka jest sympatyczna, chyba z Rosji, b. dobrze mówi po polsku, chciała mi za pierwszym razem wciskać wina rosyjskie chiba, w każdym razie na wzmiankę o gruzińskich się skrzywiła, ale teraz jak mnie widzi, to od razwie, czego chcę. :)))

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał consumer:"Tak se myślę, na podstawie tych wojennych historii, że może lepiej zająć się motywatorami rekultywacji przyjaźni polsko-niemieckiej. Może jak się ta przyjaźń już ugruntuje, to następną razą jak nas znowu najadą, to nie będą do nas strzelać, jak ci Węgrzy w czasie IIWŚ? A my powitamy ich kwiatami" Szanowny kolega pomylił wątki. http://rebelya.pl/discussion/22202/polak-niemiec-dwa-bratanki/#Item_3

Napisał/a: ulryk77
Napisał/a: consumerSzanowny kolega pomylił wątki. http://rebelya.pl/discussion/22202/polak-niemiec-dwa-bratanki/#Item_3
>

Niestety ja do wzmagania tej przyjaźni się nie nadaję. Ja rzucam myśl, wy ją łapcie.

Napisał/a: consumer
Napisał/a: ulryk77
Napisał/a: consumerSzanowny kolega pomylił wątki. http://rebelya.pl/discussion/22202/polak-niemiec-dwa-bratanki/#Item_3
Niestety ja do wzmagania tej przyjaźni się nie nadaję. Ja rzucam myśl, wy ją łapcie.
Również nie nadaję się.

Napisał/a: ulryk77Również nie nadaję się.

Ulryku, z serdecznością y sympatią: niedawnoś przyszedł, to może nie zdążyłeś zauważyć, że jesttu wszechobecna yronia.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de Zoo
Napisał/a: ulryk77Również nie nadaję się.
Ulryku, z serdecznością y sympatią: niedawnoś przyszedł, to może nie zdążyłeś zauważyć, że jesttu wszechobecna yronia.
Owszem zauważyłem. I bardzo sobię ją cenię;) To była yronia? Zgadnij:) Pisałeś drogi de Zoo o sklepie madziarskim. Jest wegierski sklepik netowy. Piszę "sklepik", bo oferta raczej nie powala. Linkuję jako ciekawostkę. Jeszcze nic tam nie zamówiłem. (mam nadzieję,że nie spamuję) http://www.hungaricum.pl/

Uroczysta msza w Bazylice Św. Stefana w intencji ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem - 10 kwietnia 2011 r., godz. 12.00.Mszę celebrował będzie prymas Węgier, kardynał Péter Erdő. Film-zeszłoroczna msza święta za ofiary katastrofy pod Smoleńskiem. Msza z inicjatywy wegierskiej armii. Bazylika św. Steafana. http://www.youtube.com/watch?v=F9XfX9Ucki4

Tak se myślę.

Jakby tak wydać te wszystkie linkowane tu materyjały w formie CD albo książki i CD. Np. z tłumaczonym filmem "80 huzarów" - m. in. ofkors. Może jakieś nagrania przemówień Horthy'ego - jeśli są. Itd. itp.

Kompendium życzliwości Węgrów do Polaków, może być i wzajemnie.
Fakty, skany śpiewników, wspomnienia, foty, wszystko, co się da zebrać.
Celem miałoby być wzbudzenie wdzięczności i życzliwości Polaków do Węgrów, jeeeszcze większej. :)
Stąd jakiś fajoski tytuł "O życzliwości Węgrów dla Polaków" :)))))
Albo "Krótka rzecz o długiej historii braterstwa. Węgry i Polska". :)))))

Można by to w tym jednym wątku zbierać przez pół roku.
Jako motto mogłoby pójść to hasło chyba Horthy'ego z 1920, że los Polski jest naszym losem. (matko, jak strasznie się takie słowa dziś spłyciły - przy okazji propagandy wojny z terrorem i 9/11 mój kumpel powiedział, że "wszyscy Mongołowie czują się zaatakowani", a 80 lat temu było to zupełnie na poważnie)

Nie trzeba by się bawić w noty redakcyjne.
Wystarczyłoby kompendium cytatów wg dat, epok, stuleci. Ewentualnie jakieś powszechnie znane fakty.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: Pref de ZooKompendium życzliwości Węgrów do Polaków, może być i wzajemnie.

Chyba nie ma Preff co do tego watpliwosci. Ze swej strony moge o tem zapewnic.

Napisał/a: CYRUS (Dubrovcanin)
Napisał/a: Pref de ZooKompendium życzliwości Węgrów do Polaków, może być i wzajemnie.
Chyba nie ma Preff co do tego watpliwosci. Ze swej strony moge o tem zapewnic.

Szszszkurde :)))) Nie o to mię biega, czyli same 'ajlawjuhangerjenbejbe", a o podanie faktów, np. ile to razy Węgrzy okazali nam bezinteresownie pomoc w trudnościach itd. No, mnie np. powala ta historia huzarów, ale biega o to, że Polacy nic o tym nie wiedzą. I nie wystarczy tylko wymienić jedno cuś. Wartałoby jedną dobrą pozycją trochę zapełnić take luke edukacyjno. Taż jeśli nie wiem, że ktoś mi pomógł 150 lat temu, to jak mogie być mu wdzięczny?

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Jeśli idzie o ten konkretny film to od dwudziestu lat zalega w magazynach tvp.

Szanowny de Zoo, bardzo pochlebia mi co piszesz... znaczy niezwykle pozytywnie zareagowałeś na kilka zalinkowanych historii. Pojęcia nie mam (ewentualnie jeszcze nie mam), jak napocząć realizację Twojego pomysłu. Ostatnio jakby coś się w narodzie ruszyło, tablica dla Wegrów (głupota Komorowskiego i jego pracowników tez pomogła), zwycięstwo prawicy na Węgrzech i ordynarna nagonka na Fidesz w ełrolewackich mediach. To wywołało lekkie zainteresowanie. Naprawdę myslisz ,że nasi rodacy są spragnieni Węgier? W każdym razie gdybym mógł pomóc, jestem do wykorzystania. Może warto byłoby sie skontaktowac z kulturalnym ambasady węgierskiej, panem Attilą Szallai, to ten który wg ND, toczył boje z komorowskimi. Bardzo spoko z niego stary Madziar. No i Akos Engelmayer. Trochę inna rzecz: w wątku o Karpatii, bardzo delikatnie zasugerowałem naszemu rebelyantowi pkukizowi "a może jakąś polsko węgierską piosenkę?";) Wiem z bezpośredniego źródła, że Karpatia ma w planie zagrać kawałek o polsko-węgierskim braterstwie. Wkrótce ukaże się nowa płyta. Zobaczymy. Gdyby tak wspólna pol-węg produkcja... ech marzenie...:) To zadziałaloby na wyobraźnie wielu, bardziej niż czytanie starych wspomnień i dokumentów. Podobnie jak robota do DePressa o Żołnierzach Wyklętych.Ostatnie zdania to tylko takie moje "głośnomyslenie". Niedługo znowu jadę na Węgry. Powiem im tam,że mój naród jakby się trochę obudził. Przynajmniej uświadomili sobie, czyją amunicją pradziadkowie odstrzelili bolszewików.

Podobno najbliższe wybory parlamentarne w Polsce mają się odbyć 23 października. To bardzo symboliczna data. Święto Narodowe Węgier, rocznica wybuch powstania w 1956. A jeśli do tego dołożyć fakt, że prawica na Węgrzech pogoniła czerwonych 10 kwietnia 2010....

Napisał/a: ulryk77Pojęcia nie mam (ewentualnie jeszcze nie mam), jak napocząć realizację Twojego pomysłu.

Najpierw trzeba zebrać fizycznie materiał. Wszystkie możliwe dokumenty, świadectwa. Potem dokonać ostrożnej selekcji albo i bez, po co :))))).

A potem zająć się wydaniem - i to jest w sumie albo najprostsze, albo najtrudniejsze. Trzeba zdobyć pozwolenia na fragmenty ALBO zastosować prawo cytatu (dużo prostsze, ino wymaga tekstów odredakcyjnych, W KTÓRYCH umieszcza się obszerne cytaty i o to biega). Jeśli chodzi o zwykły kolportaż idei, to na CD. Szybko i tanio.

Jeśli książka+CD, to trzeba znaleźć sponsora i dobre wydawnictwo. Jeśli nie chce się zarobić kroci, to bez problemu wyjdzie.

Najsampierw - zebrać wszystkie możliwe, dostępne materiały, pogromadzić je datami. Ogłosić to tam i siam, że się zbiera i jak ktoś wi, to niech mówi.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

Napisał/a: ulryk77Naprawdę myslisz ,że nasi rodacy są spragnieni Węgier?

Jak mogą być spragnieni czegoś, o czym nie wiedzą? Zapewniam Cię, że wśród młodocianych będzie zainteresowanie, trzeba dotrzeć do środowisk harcerskich itp.

Św. Józefie, dziękuję za opiekę i proszę o dalszą!

"Zapewniam Cię, że wśród młodocianych będzie zainteresowanie, trzeba dotrzeć do środowisk harcerskich itp." Akurat harcerze są całkiem kumaci. Oni tam spacerują z pochodniami. Bem faszysta? http://www.youtube.com/watch?v=9FBbvdFPle4

Napisał/a: ulryk77"Zapewniam Cię, że wśród młodocianych będzie zainteresowanie, trzeba dotrzeć do środowisk harcerskich itp." Akurat harcerze są całkiem kumaci. Oni tam spacerują z pochodniami. Bem faszysta?

Errata: harcerze (konkretnie jedna bardzo kumata drużyna) i Towarzystwo Michała Archanioła :-)

podaj amunicję

A to ulryku77 znasz?

Nie. Nie znam wielu zdjęć z Karolem I. Długo też nie uświadamiałem sobie, że Jan Paweł II, beatyfikował Karola. Ciekawe jest ,że Karol został zesłany na Maderę. Czyli na tą samą wyspę, na której wg. różnych legend i opowieści resztę życia spędził inny węgierski król Władysław(Warneńczyk).

@CYRUS Kiedyś czytałem bardzo krytyczny tekst o regencie Horthym. Monarchiści do dzisiaj nie mogą wybaczyć admirałowi, że ten uniemożliwił panowanie Karola na Węgrzech. Temat do dyskusji czy byłoby to możliwe. Pisze o tym Marian Zdziechowski (link wyżej)

Napisał/a: ulryk77krytyczny tekst

Dlatego tez, z calym szacunkiem Horthy nie jest moim bohaterem a co sie z tym wiaze Jobbik...

W piatek jak co roku 1 kwietnia zaloze watek modlitewny w rocznice smierci Bl. Karola w tym roku 89.
Beda zdjecia.

Bohdan Skaradziński:
"Węgrzy byli również w Brwinowie. Oddział zbliżający się do domu państwa Kowalewskich wzbudził strach znajdujących się tam uchodźców z Warszawy, którzy dopiero co przeżyli rzeź na Woli i widzieli w akcji Ukraińców. Byli przekonani, że to właśnie oni nadchodzą. Żołnierz, który zapukał do drzwi wołał: „Ungar, Ungar” i pokazywał medalik na szyi. Gospodarze domu i pozostali odetchnęli z ulgą. Jak wspomina pani Maria Tyszka, która była wtedy dzieckiem (dom należał wówczas do rodziców jej matki), Węgrzy stacjonowali w sadzie w pobliżu, kontakty z nimi były przyjacielskie; zwłaszcza chłopcy zaprzyjaźnili się z żołnierzami"
Stara piosenka o honvedach i nowy klip(montowany na kolanie) plus tłumaczenie.
http://www.youtube.com/watch?v=C_dsm4Am0-A

Ma ktoś pomysł jak zdobyć taką koszulkę polo (z logo Jobbika) ?

Napisał/a: Wołyniakz logo Jobbika

A musi byc Jobbik???

No wlasnie - musi byc Jobbik? ;)

Death or glory I will find Rebellion on my mind...

A co innego proponujesz/cie?

Moze byc Magyar Gárda lub Betyársereg ;)

Fajna!

Oni realizuja zamówienia do Polski. Wcześniej jednak trzeba się z nimi dogadać bez mejla. http://www.magyarharcos.hu/site/index.php?id=bemutatkozas

Podobnie ta stronka. Zamówienie, ale najpierw indywidualna rozmowa przez mail. Niestty nie mozna wkleić produktów, opcja kopiuj wyłączona. Wybór niezły. http://www.turania.hu/catalog/nemzeti-polo-rovidujju-polo-c-62_65.html?page=1&sort=3a

Sklep"Turul Márkaboltban" w Budapeszcie. Budapest, XI. Móricz Zsigmond körtér 16 http://www.youtube.com/watch?v=E4yl8F4ey_k

up

bardzo dziękuję za ten wątek

up

Kyrie eleison, daj mi nowe serce...

Rokosz i Tokaj OK.

Pani to Dorothy Harris, a ja jestem Forrest Gump

Copyright © 2011 Rebelya.pl Wszelkie prawa zastrzeżone.