To jest świat dla starych ludzi

30.10.2016

Przyszły prezydent USA będzie starszy niż Jarosław Kaczyński, a tymczasem prezydent Polski należy do jednych z najmłodszych głów państw na świecie.

W naszej prasie, mediach elektronicznych i internecie pełno jest opisów, analiz i komentarzy na temat kampanii wyborczej w USA. Im bliżej wyborów, tym więcej. Analizy są lepsze lub gorsze, nie jestem w stanie ocenić ich wartości, bo nie znam się na polityce amerykańskiej, to przecież tak daleki kraj i tak nieczytelny dla zwykłego Polaka mieszkającego stale nad Wisłą. Inne realia, inne społeczeństwo, inna gospodarka, inne wyzwania, inne prawie wszystko. Ale na jedno chciałbym zwrócić uwagę, bo jest wyrazem trendu, który ogarnia nie tylko USA, ale większość tzw. zachodniego świata.

Bez nadziei na zmiany

Otóż obaj kandydaci są starsi od... Jarosława Kaczyńskiego. Hillary Clinton rocznikowo o 2 lata, a Trump o 3 lata. A przecież jeszcze do stycznia urząd prezydenta USA będzie sprawował Barack Obama, który wygrał wybory, a potem zapewnił sobie jeszcze reelekcję w dużej mierze dzięki wizerunkowi polityka nowego pokolenia i nowych czasów. Młodego (gdy wygrał wybory w 2008 roku, miał, jak na prezydenta ledwie, 47 lat!) i rzutkiego. Jego hasła to oczywiście "zmiana" i "nadzieja", też kojarzone z młodością, czymś nowym. Ba, pamiętam że publicyści i analitycy twierdzili, że w 2008 roku Obama wygrał między innymi dlatego, że jego kontrkandydat John Mc Cain był zbyt stary. Tymczasem, w 2008 roku Mc Cain był ledwie 2 lata starszy od Trumpa dziś.

Wtedy na świecie zaroiło się od młodych polityków, którzy chcieli "być jak Obama". I co? I nic. Do władzy we Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii nie przebił się potem żaden tak młody polityk. Może tylko włoski premier Renzi spełnia kryteria "włoskiego Obamy". Prawdziwy Obama zaś przetrwał 8 lat na stanowisku, posiwiał, coś tam zmienił na lepsze lub gorsze, ale okazało się, że to wszystko. Nie ma już nadziei dla młodych. Po nim przyjdą znowu staruszkowie, wyraźnie jeszcze starsi nawet niż poprzednicy Obamy.

Co się takiego stało, że Ameryka chce starszych przywódców? Myślę, że to należałoby rzetelnie zbadać, natomiast podejrzewam, że stoją za tym między innymi te same procesy, które powodują, że dziś tzw. dinozaury rocka (ściślej - ci spośród nich, którzy nie stracili życia, przeżyli okres sex, drugs and rock and roll) mają największe i najdroższe koncerty, najwięcej sprzedanych płyt, najwierniejszą publiczność, status największych megagwiazd. Ich fani mają też najwięcej pieniędzy, jest też ich po prostu najwięcej. To dobrze sytuowane pokolenie baby boomers, urodzonych po II wojnie światowej. Rządzą w polityce, biznesie, o ich głosy się zabiega, do nich kieruje reklamy polityczne i komercyjne. Przy rozwoju medycyny żyją długo i nie wybierają się na emeryturę ani tym bardziej na tamten świat, są też dużo lepiej sytuowani niż dzisiejsze średnie i młode pokolenie. Jeśli tak jest, to okres Obamy i "obamomanii" był tylko krótki epizodem w polityce. Wszystko zaś zmierza nieuchronnie do gerontokracji.

Starszych należy szanować za ich mądrość życiową, doświadczenie, dokonania, więc cóż w tym złego? Nic, problem w tym, że jeśli weźmiemy to, co się dzieje teraz w amerykańskiej polityce i w ogóle całe pokolenie baby boomers rządzące najważniejszymi krajami świata, to trudno szanować ich dokonania. Dawno w świecie zachodnim nie było takiego deficytu "żon" i "mężów stanu". Dawno tak dramatycznie nie brakowało nowych idei, nowej energii i rozwiązań. Co więcej, jeśli przyjrzeć się zachowaniu Hillary Clinton i Donalda Trumpa, trudno ich traktować jako szacownych seniorów. Sprawiają wrażenie ludzi niedorosłych do swojego wieku, niedojrzałych, zachowują się bardzo często niepoważnie i nieodpowiedzialnie. Ich wypowiedzi są agresywne, aż nie przystoją seniorom. "Kręcą" też w różnych ważnych sprawach jak jacyś nastolatkowie. Nie potrafią też ukryć, jak łasi są na pieniądze. Ale elektorat najwyraźniej to lubi i akceptuje.

George W. Bush czy Barack Obama na ich tle wydają się politykami stonowanymi i rozsądnymi, choć przecież wielokrotnie ich krytykowano, wyszydzano, obnażano braki, nic wielkiego też nie osiągnęli. Ale generalnie zachowywali się inaczej, bardziej "prezydencko", także w kampanii wyborczej.

Polska znowu wyjątkiem

Nie chodzi o to, żeby wypowiadać jakąś "wojnę pokoleniową" staruszkom w polityce. Społeczeństwo potrzebuje i młodych, i starszych, i tych w średnim wieku. Chodzi o to, że, mam wrażenie, została zachwiana pewna równowaga, a stało się to niejako samoistnie, przez trendy w demografii i gospodarce. Bez ciągłego dopływu "świeżej krwi" do elit politycznych, do kultury, gospodarki, i innych dziedzin nie ma postępu (w dobrym tego słowa znaczeniu). Można tylko odtwarzać znane "piosenki", ewentualnie w nowej aranżacji i na nowych nośnikach, gdy trzeba, trochę bardziej agresywnie, aby się przebić.

Ale i ci młodsi nie są lepsi. Sami przecież nie są skłonni brać odpowiedzialności, ani za swoje życie prywatne (skądś się bierze przecież wysoki wskaźnik rozbitych rodzin w krajach zachodnich), ani tym bardziej za sprawy publiczne. Są indywidualistami, mają skłonność do wycofywania się w prywatność, wyżywają się polityczne i społecznie głównie w internecie. Tak, mają ciężko, ale przecież dzisiaj rządzący światem w młodości też mieli ciężko. Młodsi widzą szklany sufit, ale często nawet nie próbują go przebijać. Nie są cierpliwi.

Na tym tle wyróżnia się parę krajów, w tym Polska. Mamy bardzo młodego prezydenta, ministrów, stosunkowo młodą premier. W ławach opozycji też coraz więcej "nowych twarzy" i podejrzewam, że gdy ktoś w końcu przejmie władzę z rąk PiS, będzie to polityk młodszego pokolenia, bo ci starsi są już zbyt zgrani. Zmianę pokoleniową widać również w biznesie, do pewnego stopnia w kulturze, mediach, nauce, wśród działaczy sportowych, nawet w Kościele (prymas Polski to rocznik 1964!).

My też mamy swoje, wciąż wpływowe, pokolenie "baby boomers". Ale dorastało one w innych warunkach niż zachodni rówieśnicy, więc ma nieco inną mentalność. A z kolei młodsi Polacy są wciąż bardziej "głodni" niż rówieśnicy na Zachodzie. Mamy też o jeden wyż demograficzny więcej, tzw. pokolenie stanu wojennego. Na przyszłość trendy demograficzne w Polsce są niepokojące, ale dziś jeszcze korzystamy z tej demograficznej premii. Między innymi tak, że to trzydziesto i czterdziestolatkowie w coraz większym stopniu stanowią o przyszłości kraju. Zupełnie inaczej niż właśnie na przykład w USA.

Marcin Herman

Artykuł pochodzi z "Gazety Polskiej Codziennie"

Ilustracja: Vector Open Stock, CC BY-SA 4.0

Przeczytaj także
Jakóbik: Trump chce sprzedać LNG z USA. Polska ma wybór

Wystąpienie prezydenta USA podczas wspólnej konferencji z polskim przywódcą przejdzie do historii. Było okazją do spekulacji na temat ceny dostaw amerykańskiego LNG do Polski. Pojawiły się przekłamania i nadużycia.

Polska kupi rakiety Patriot

System obrony przeciwrakietowej ma trafić do Polski w najnowocześniejszej konfiguracji, dostosowanej do sytuacji geopolitycznej i wymogów polskiej armii, zwłaszcza w kontekście zagrażających Polsce rakiet Iskander.

Jakóbik: Orlen zostaje w Możejkach. Wraca geopolityka Lecha Kaczyńskiego

Nie lubię słowa "geopolityka". Ale w kontekście tego, co osiągnął PKN Orlen na Litwie można chyba go użyć. Polska i Litwa dokonują geopolitycznego, nowego otwarcia. Polacy zostają w Możejkach. W tle jest dziedzictwo polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego - pisze Wojciech Jakóbik.

Jakóbik: Awaria Gazociągu Jamalskiego? Zachowajmy spokój (AKTUALIZACJA)

Rosja reaguje siłą spokoju na niezręczny dla niej incydent na Gazociągu Jamalskim. Równie spokojnie odpowiada na niego strona polska. Ma prawo domagać się wyjaśnień, a może i rekompensat, ale nie może sobie pozwolić na pochopne stwierdzenia podważające jej wiarygodność. Polska, podobnie jak Rosja, musi zachować spokój. Nie ułatwiają tego tezy ...

Młody, piękny, elokwentny. Tracę nadzieję na to, że inne kraje doszlusują kiedyś do naszego poziomu.

kreatywny i z inicjatywą

Wolę gerontokrację niż pajdokrację.
Ktoś zabrania trzydziesto- czterdziestolatkom udziału w polityce? Czy mają w nosie?
Chyba to drugie.
Przyzwyczajeni ,że tatuś z mamusią wszystko załatwią.
A teraz zdziwienie:)

Ja tam bym nie przesadzał.
Prawica - ciągle Kaczyński i jeszcze długo nic. Duda młody, ale bez żartów, to nie on trzyma sznurki w rękach. Może będzie miał fart i jeśli przetrwa do drugiej kadencji, zbuduje jakąś własną frakcję i może - może sam coś zacznie znaczyć. Ale też do tego czasu posiwieje.
PO (tak, ciągle istnieją) - Schetyna, ale przede wszystkim Tusk. Poczekajmy aż wróci z Brukseli. Może być jokerem. Wiem, wiem - Kwaśniewski miał być herosem okazał się nikim, ale Tusk nie pije.
SLD (tak, oni też jeszcze istnieją) - Miller. Wszystkie młode wilki przepadły.
Kukiz (jeśli w ogóle coś jeszcze będzie) - młody był 30 lat temu.
Kropka... no, ci może są ciut młodsi, ale jak dotąd prochu nie wymyślili.
Alternatywne lewice, narodowcy i kto tam jeszcze na razie doczekują się pierwszych siwych włosów spoczywając na swoich politycznych kanapach.

No ja wiem, że jest wielka nadzieja w asystencie ministra Macierewicza... ale generalnie bez przesady.

A w Europie bywa różnie. W wiecznie stetryczałej Italii - Renzi (1975). W Austrii - Hofer u bram (1971). Nicola Sturgeon (1970) może wybić Szkocję na niepodległość. We Francji czai się Le Pen (1968). Na ich tle Theresa May (1956) wydaje się niemal starszą panią, ale przecież przed chwilą brylował Cameron (1966) i Clegg (1967). Holandia - Rutte (1967).
Zobaczymy kto po Merkel.

A w takiej Kanadzie - Justin Trudeau (1971), w Meksyku Enrique Peña Nieto (1966) też młodszy od naszej Szydło.

Tak, że ten.

Kaczyński kojfnie, i będzie młodość.

Copyright © 2011 Rebelya.pl Wszelkie prawa zastrzeżone.