Lokalistyczny Rzym, globalistyczny Wiedeń

07.12.2016

Globaliści w niedzielę wygrali pod Wiedniem, ale przegrali pierwsze starcie o Rzym. Na ich miejscu należałoby chyba życzyć sobie, by było na odwrót - pisze dr Michał Kuź w najnowszej "Nowej Konfederacji".

Zwycięstwo lewicowego kandydata Alexandra Van der Bellena w wyborach prezydenckich w Austrii jest jednak pewnym zaskoczeniem, zwłaszcza po Brexicie i zwycięstwie Trumpa. Liderzy starych europejskich partii oraz media głównego nurtu zareagowały entuzjastycznie. Sigmar Gabriel, wicekanclerz Niemiec, mówi o zwycięstwie „rozumu nad populizmem”, Donald Tusk przekazuje „gratulacje z całego serca”. Van der Bellenowi pomogło zapewne zmniejszenie napływu uchodźców, choć zapomniał wyraźnie, że zawdzięcza je raczej sojuszowi z krajami bałkańskimi i Grupą Wyszehradzką niż działaniom Berlina. Tak czy owak, nawet twierdzenie, że polityka imigracyjna kanclerz Angeli Merkel była słuszna, nie zaszkodziło Van der Bellenowi tak bardzo, jak mogło to zrobić jeszcze parę miesięcy temu.

Co więcej, wypowiedzi wspomnianego już Sigmara Gabriela sugerują, że niemieckojęzyczni politycy liczą, nie bez przyczyny, na odwrócony efekt Trumpa. Chcą swoich wyborców nieco przestraszyć i przy okazji odgrzać stare, ale jare antyamerykańskie resentymenty. W swojej krótkiej przemowie po ogłoszeniu sondażowych (na razie) wyników Van der Bellen brzmiał wręcz jak ikona dawnego europejskiego mainstreamu, by nie powiedzieć ancien régime’u. Powiedział, że jego wygrana to „sygnał nadziei dla Europy”, że chce „myśleć liberalnie” i będzie „proeuropejskim” prezydentem Austrii.

Van der Bellen już zapowiedział, że nie powierzy misji tworzenia rządu nikomu z narodowo-konserwatywnej Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ), do której należy jego kontrkandydat Norbert Hofer. bez względu na wynik wyborów w 2018 („wolnościowcy” prowadzą w sondażach). Dotąd funkcja prezydenta w tego typu kwestiach była czysto ceremonialna, teraz postawa Van der Bellena może doprowadzić do kryzysu konstytucyjnego. Po wyborach w Austrii otwieranie szampana przez pogrążonych ostatnio w brexitowej żałobie euroentuzjastów wydaje się jednak, co najmniej, przedwczesne. Tego samego dnia we Włoszech rozpisano referendum konstytucyjne. Premier Matteo Renzi zaś sromotnie je przegrał i zgodnie z zapowiedzią podał się rychło do dymisji, idąc tym samym w ślady Davida Camerona. Jeszcze wiosną argumenty Renziego w sprawie referendum zdawały się mocne. Ograniczenie kompetencji senatu i uproszenie procedur wyborczych z pewnością pozwoliłoby sprawniej zarządzać krajem, który akurat ze sprawnych rządów nie słynął nigdy. Tyle, że do Włoch dotarło już antysystemowe tsunami. Ruch Pięciu Gwiazd święci sukcesy w sondażach, w niektórych jest wręcz wiodącą siłą polityczną.

Ugrupowanie charyzmatycznego showmana Beppe Grillo jest przy tym kwintesencją tego, co w NK nazywamy „lokalizmem”. Ruch Pięciu Gwiazd na każdym kroku przekracza bowiem tradycyjne podziały na lewicę oraz prawicę, zażarcie broniąc przy tym podmiotowości swojej wspólnoty politycznej (czyli Włoch). Reagując na fatalną sytuację gospodarczą i minorowe nastroje społeczne Grillo atakuje, na przykład, politykę imigracyjną rządu. Chce wyjścia ze strefy euro. Równocześnie jednak mając lewicowy rodowód opowiada się też np. za małżeństwami jednopłciowymi. Ruch traktuje jednak sprawy obyczajowe drugorzędnie, a w kwestiach fundamentalnych potrafi rozmawiać z prawicową Ligą Północną we Włoszech oraz z Nigelem Faragem czy Marine Le Pen na forum europejskim. W przypadku Ruchu zaskakuje też sprawność organizacyjna, jego kandydatka – Virginia Raggi – niedawno wygrała wybory na burmistrza Rzymu. Ruch Pięciu Gwiazd jako pierwsze tak duże ugrupowanie wprowadził też na szeroką skalę elementy internetowej demokracji bezpośredniej. Dzięki specjalnej aplikacji sympatycy nie tylko wyznaczają kandydatów na kluczowe stanowiska, ale również decydują o detalach strategii politycznej.

Ta sprawność nie może jednak uspokajać mainstreamowych analityków, zwłaszcza finansowych. Grillo nie ma w swojej retoryce litości dla bankierów, a Włochy tymczasem stoją na skaju bankructwa. Stosunek PKB do długu publicznego wynosi tam 133% i jest drugim w Europie, zaraz po Grecji. Prawie 17% pożyczek udzielonych przez włoskie baki jest nieściągalna, a to trzy razy więcej niż w przypadku banków amerykańskich u szczytu kryzysu finansowego. Mówimy tymczasem o czwartej gospodarce w UE, której upadek mógłby potencjalnie wstrząsnąć całym światem i doprowadzić do rozpadu unii ze względu na konflikt pomiędzy krajami-kredytodawcami i krajami-kredytobiorcami.

W dłuższej perspektywie włoskie referendum może więc okazać się jeszcze bardziej niebezpieczne dla ładu światowego niż referendum brexitowe. Wielka Brytania w chwili podjęcia tak ważnej decyzji była zwyczajnie w lepszej kondycji finansowej. Pomny tych kwestii prezydent Sergio Mattarella raczej nie rozpisze więc wcześniejszych wyborów. Dymisja Renziego już została „zamrożona” do czasu uchwalenia budżetu, potem prezydent wyznaczy najpewniej rząd tymczasowy, prawdopodobnie pod przewodnictwem polityka-technokraty.

Tak czy owak, ostatnie wydarzenia pokazują coraz dobitniej, że polityka w krajach rozwiniętych zaczyna przypominać wielką wojnę pomiędzy opcją lokalno-narodową i liberalno-globalną. Globaliści w niedzielę wygrali pod Wiedniem, ale przegrali pierwsze starcie o Rzym. Na ich miejscu należałoby chyba życzyć sobie, by było na odwrót. Włochy to jednak jeszcze centrum, podobnie jak Ameryka i Anglia, Austria to jednak już peryferie.

Michał Kuź

Autor jest politologiem, ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i redaktorem "Nowej Konfederacji", z której najnowszego numeru pochodzi powyższy tekst

na zdjęciu: Matteo Renzi, Creative Commons Attribution 4.0 International, khamenei.ir

Przeczytaj także
"Zachód płaszczy się przed islamem". Rozmowa z Raymondem Ibrahimem

- Większość współczesnych Europejczyków nie cierpi z powodu islamu. Ale swoim postępowaniem już otwierają śluzy, przez które napływa potencjał przyszłych cierpień ich własnych potomków - mówi Raymond Ibrahim* w rozmowie z "Frondą Lux".

Jakóbik: Awaria Gazociągu Jamalskiego? Zachowajmy spokój (AKTUALIZACJA)

Rosja reaguje siłą spokoju na niezręczny dla niej incydent na Gazociągu Jamalskim. Równie spokojnie odpowiada na niego strona polska. Ma prawo domagać się wyjaśnień, a może i rekompensat, ale nie może sobie pozwolić na pochopne stwierdzenia podważające jej wiarygodność. Polska, podobnie jak Rosja, musi zachować spokój. Nie ułatwiają tego tezy ...

Wojciech Mucha: Głos Europy czy chór Kremla?

Złudna jest euforia polskich internautów oraz części mediów związana z tym, że twarde stanowisko polskiego rządu ws. relokacji emigrantów odbija się szerokim echem wśród "zwykłych Europejczyków". Narracja polskiego rządu coraz częściej staje się bowiem orężem propagandy rosyjskiej, realizującej w ten sposób własne cele.

USA wypowiadają paryskie porozumienie klimatyczne. Co to oznacza dla Polski?

Podczas szczytu Unia Europejska-Chiny zaplanowanego na 2 czerwca strony mają zaprezentować wspólne stanowisko w sprawie decyzji prezydenta USA Donalda Trumpa o woli opuszczenia przez jego kraj porozumienia klimatycznego. Czy Polska ugra tam coś dla energetyki? - zastanawia się Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl.

Copyright © 2011 Rebelya.pl Wszelkie prawa zastrzeżone.