Prawdziwego Mazowsza nie da się poznać w drodze do Warszawy. Rozmowa z Lechosławem Herzem, autorem książki "Podróże po Mazowszu"

13.01.2017

- Przyjezdni spoza Mazowsza nie zobaczą z okien pociągu lub samochodu nieprawdopodobnej urody Wisły pod Górą Kalwarią, ze skarpy koło Wyszogrodu i Płocku, albo wśród rozległych łąk w dolinie Bugu koło Kamieńczyka i Broku, lub Narwi koło Pułtuska i Różana. Trzeba założyć na nogi wygodne buty i wziąć do ręki kij wędrowny, aby móc się przekonać jak niepospolitym jest leśny krajobraz mazowieckich borów, przede wszystkim w parku narodowym Puszczy Kampinoskiej - mówi Lechosław Herz w rozmowie z portalem Histmag.org.

Gdyby miał Pan wskazać pierwsze skojarzenie z Mazowszem to co to by było?

- Pierwsze skojarzenie z Mazowszem? Najkrócej: ogromna, zielona nizina, pośród której posadowiona jest stolica państwa nad największą polską rzeką, nad którą rosną wierzby pośród pól i łąk, a u stóp tych wierzb urodził się Fryderyk Chopin. I jeszcze: niemal powszechnie obecne jest w narodzie powiedzenie, definiujące Mazowsze jako „laski, piaski i karaski”. Moi bliscy z południa Polski oglądają Mazowsze zazwyczaj tylko przejazdem, albo z okien pociągu lub zza szyb samochodu, najczęściej w czasie jazdy do Warszawy. Widzą wtedy przyjazną, pełną zieleni nizinę, ale nic więcej. Wszystko to prawda i niezupełnie prawda.

Oskar Kolberg podzielił Mazowsze na trzy części pod względem historii i charakteru – na Mazowsze Stare, Leśne i Polne. Mazowsze jest ziemią o co najmniej kilku całkiem od siebie różnych krajobrazach. Jest jak patchwork. Inny jest rolniczy krajobraz kulturowy w okolicy Płocka i Płońska, niż na Ziemi Łowickiej, a te oba są zupełnie odmienne od rolniczego krajobrazu wschodniego Mazowsza. Tuż na wschód od Wisły położone ziemie mazowieckie to rzeczywiście laski i piaski, ale na drugim wiślanym brzegu rozpościera się kraina zupełnie inna, pyszniąca się swoim bogactwem, gdzie na żyznych glebach okolic Czerska, Warki, Grójca i Rawy Mazowieckiej ścielą się ogromne owocowe sady. Te mazowieckie sady, jak i nadwiślańskie wierzby, są dominantą pejzażu tak samo odrębnego i jedynego w swoim rodzaju, jak cyprysy i winnice włoskiej Toskanii. Pośród niekiedy rozpustnej w swoim bogactwie przyrody bytuje kilka setek łosi i bobrów, dziesiątki kormoranów i czapli łowi ryby w rzekach i stawach mazowieckich, u stóp Zamku Królewskiego w Warszawie można nawet zobaczyć na żywo godło narodowe, ogromnego bielika, a w sąsiedztwie miasta mają swoje mateczniki dziko żyjące rysie i wilki.

Przyjezdni spoza Mazowsza nie zobaczą z okien pociągu lub samochodu nieprawdopodobnej urody Wisły pod Górą Kalwarią, ze skarpy koło Wyszogrodu i Płocku, albo wśród rozległych łąk w dolinie Bugu koło Kamieńczyka i Broku, lub Narwi koło Pułtuska i Różana. Trzeba założyć na nogi wygodne buty i wziąć do ręki kij wędrowny, aby móc się przekonać jak niepospolitym jest leśny krajobraz mazowieckich borów, przede wszystkim w parku narodowym Puszczy Kampinoskiej.

Mazowsze w średniowieczu posiadało swoją odrębność państwową, było „obok” Wielkopolski i Małopolski. Czy odrębność tą widać do dzisiaj?

- Przez całe wieki Mazowsze było inne niż reszta Polski. Decydował o tym przede wszystkim zamieszkujący je lud. Miał odrębną obyczajowość, ubiór, budownictwo. Mazowsze leży na wielkim polskim niżu, jego krajobraz niewiele się różni od sąsiadujących z nim od zachodu Kujaw i Wielkopolski, Podlasia od wschodu. Ta nizina to typowy rolniczy krajobraz kulturowy i oglądając te ziemie na satelitarnej mapie, łacno się o tym można przekonać, że taka sama gęsta siatka prywatnych własności polskich rolników znajduje się niemal wszędzie. W przeważającej części Mazowsze było zawsze krainą rolniczą. Miast wielu tutaj nie było, mieszczaństwa prawie w ogóle.

Całe wieki trwało to w stanie niemal niezmienionym i chyba odrębność polityczna książąt mazowieckich nie zaciążyła na tej ziemi, gdy władza książąt odeszła już w przeszłość. Jak i w całej Europie, tak i tutaj wszystko tak naprawdę zaczęło się poważniej zmieniać dopiero pod koniec wieku XVIII. A gdy upadła Rzeczpospolita, Mazowsze znalazło się pod panowaniem rosyjskim i rosyjskość padła cieniem na zewnętrznym obrazie Mazowsza i na jego obyczajowości. Już niemal wiek temu odzyskała Polska niepodległość, a to, co zaborcy po sobie pozostawili, różnice między Mazowszem, Wielkopolską i Małopolską są widoczne, głównie dzięki różnicom w architekturze. Obyczajowość także jakby nieco inna. Poznaniak, Krakus i Warszawiak to trochę inne nacje.

Obie światowe wojny mocno nam krajobraz i obyczajowość przeorały, Polska Ludowa też sporo od siebie dołożyła, mocno unifikując krajobraz i ludzi. Drewniana wieś odeszła w przeszłość w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku i dzisiaj regionalna odrębność budownictwa wiejskiego widoczna jest już tylko w skansenach, a dachówki zastąpiły powszechny do niedawna eternit i w nowo budowanych domach są takie same na całej polskiej ziemi. Komuna po miastach pozostawiła nam w spadku blokowiska, a po wsiach pegeerowskie bloki. Ale wciąż jeszcze czaruje niezwykłą atmosferą willegiatury zaludniona letniskowo (i to jeszcze przed 1939 rokiem) dolina Liwca koło Urli. Pól uprawnych jest jednak coraz mniej na Mazowszu, rolnictwo na lichych zwłaszcza glebach przestało się opłacać, pewnie dlatego z okien pociągu można zobaczyć coraz więcej nieużytków i wkraczające na nie forpoczty lasu oraz żerujące wśród nich stadka zgrabnych saren i coraz liczniejsze dostojne żurawie.

Warszawa jest stolicą Mazowsza, ale gdyby miał Pan wskazać alternatywne „serce” tego regionu, to które miasto by Pan wskazał?

- Płock, to oczywiste. Ze względu na swoje położenie, zabytki i historię, a i to również, czym miasto jest nadal – żywym i prężnym ośrodkiem kulturalnym. Ma swój wyraz i dumę. Gdyby jeszcze nie znajdował się tak na uboczu. Jakże żałuję, że książęta mazowieccy nie wybrali na swoje centrum plemienne okolic ujścia Narwi do Wisły, jakże pięknie położone byłoby to miasto, dokładnie w samym środku regionu położone. Ale oni byli kłótliwi ci książęta, za wielu ich było, każdy ciągnął w swoją stronę, jeden w stronę Płocka, inny ku Ciechanowu, jeszcze inny ku Czerskowi, albo Rawie. Tak to ci widocznie ci Piastowie mieli, nie tylko na Mazowszu, jak wiemy na Śląsku również. Mazowieccy przynajmniej przy Polsce cały czas wytrwali.

Mazowsze to Płock i Ciechanów, Ostrołęka i Rawa, Liw i Łowicz. Czy jest coś, co łączy te miasta i miasteczka?

- Do tej listy miast mazowieckich dodałbym jeszcze Mławę i jeszcze uzupełnił o Grójec i Pułtusk, jeśli bowiem szukać odrębności, to w tych trzech miastach są widoczne wyraźnie. No i są te miasta par excellence mazowieckie, choć każde jest inne i to się wie, i to się przede wszystkim czuje. Odjąłbym z tej listy Liw, miał prawa miejskie, ale miastem nie był, jest wsią, duża co prawda, ale tylko wsią. Rawę i Łowicz przydzielono dzisiaj do województwa łódzkiego, a nie wymieniona tutaj stricte mazowiecka Łomża znalazła się w województwie podlaskim, zasię mazowieckie województwo wzbogaciło się o podlaskie Siedlce i historycznie małopolski Radom; na naszych oczach został dokonany kolejny zabór Polski i już pozostawia trwały ślad w ludzkiej świadomości. Opolszczyzna umiała wywalczyć swoją odrębność, w środkowej Polsce wyszło nam z tym nie najlepiej. Łowicz od lat ciąży ku Łodzi, mieszkańcy księżackich wiosek – takie odniosłem wrażenie po licznych rozmowach – nie czują specjalnego związku z Warszawą, chociaż ich ludowa kultura, stroje przede wszystkim, są tak mazowieckie, jak i mazowiecka jest Warszawa. Rawa Mazowiecka jest mazowiecka w nazwie, a autobusowych kursów (połączeń kolejowych nie ma) jest stamtąd więcej do Łodzi, niż Warszawy.

Czy pojawienie się kolei na Mazowszu w XIX wieku zrewolucjonizowało ten region?

- Bezwzględnie tak. Niemal wszędzie tam, gdzie pojawiły się tory kolejowe w ślad za nimi szła zabudowa, tak mieszkalna, jak i przemysłowa. Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska dotarła do Grodziska w 1845 roku i zanim zadomowił się w nim przemysł, Grodzisk Mazowiecki był letniskiem i uzdrowiskiem. Mało kto o tym pamięta, prócz grodziszczan oczywiście. Gdyby nie ta kolej żelazna nie byłoby mazowieckiego przemysłu, na przykład lniarskiej potęgi Żyrardowa, swoimi produktami obsługującej całą Rosję, aż po Ocean Spokojny.

W roku 1877 w kierunku Lublina ruszyła z Warszawy linia kolejowa, zwana Drogą Żelazną Nadwiślańską. Rozniosła się wtedy w Warszawie sława wspaniałego mikroklimatu sąsiadującej z koleją okolicy. Letniskowa sława podwarszawskich okolic tam się zaczęła, w Aninie, Radości, Otwocku. Tamte letniskowe osiedla pośród rosnących na piaszczystych wydmach sosnowych borach wciąż trwają, zmienione dzisiaj w podmiejskie podwarszawskie osiedla sypialniane, złożone głównie z jednorodzinnych domów i willi.

Na wschodnich przedpolach Stolicy, za rogatkami warszawskiej Pragi, zbudowana w roku 1862 Droga Żelazna Warszawsko-Petersburska zaraz po uruchomieniu uruchomiła boom budowlany. Do Zielonki i Wołomina zrazu przybywali letnicy, bo okolica była ładna, lecz wkrótce potem zaroiło się od robotników, bo w Wołominie powstała huta szkła. A że gleby wokół kolei nie najlepsze, z czasem do osiedli koło kolei ściągnęli rolnicy, zmieniając się niebawem w nieznaną przedtem klasę społeczną, zwaną chłoporobotnikami. Nie tyko tam i nie tylko dawniej.

Kolej jest nadal motorem zmian. Exodus ludności wiejskiej ku kolei trwa nadal. Jednym z klasycznych przykładów tego zjawiska jest Osieck na południowo-wschodnim Mazowszu. Miał w przeszłości prawa miejskie, od dziesięcioleci jest już wioską, ale charakter miasteczka wciąż zachowuje. Jest rynek obszerny i ulice wychodzą z jego rogów jak trzeba, ale mieszkańców ubywa. W 1997 roku miejscowy proboszcz, ks. Eugeniusz Matyska załamywał nad tym ręce: „Dzieci jest coraz mniej. Obecnie więcej umiera, niż się rodzi. Parafia się gwałtownie starzeje. Pełno domów już wymarłych. Wykupują je warszawiacy na domki wypoczynkowe na lato. Często młodzi ledwie pobiorą się, a już budują sobie domy w Pilawie lub w Celestynowie w zależności, z której strony mieszkają”. To trwa nadal. Osieck powoli umiera. W weekendy do Osiecka nie dociera żaden autobus, do stacji kolejowej w Pilawie jest 10 km.

Wiele dziś mówi się o tym, że wbrew „blaskowi Warszawy” Mazowsze to region biedny i wymagający pomocy. Czy zgodzi się Pan z tą opinią?

- Od czasów budowy kolei terespolskiej – pisała mi niedawno znajoma, mieszkająca w Mrozach przy tej linii – wszyscy zapragnęli mieszkać jak najbliżej kolei, ale koniecznie na południe od niej. Tak więc tak położone Podciernie, niedawno uboga wioseczka, teraz pysznią się potężnymi domiszczami, natomiast na północ od Mrozów i Kałuszyna, w tej samej mniej więcej odległości od kolei, 5-10 km, krajobrazy są uroczo wiejskie i sielskie, wioski z rzadko rozrzuconymi chałupami, stare krzyżyki na rozstajach, bocianie gniazda, płoty ze sztachet, stare sady, polne drogi... I ani jedno przydrożne drzewo nie okaleczone piłą. Pewnie się tam żyje biedniej, ale może godniej?

Jechałem niedawno tą trasą przez uchodzące za ubogie wschodnie Mazowsze. Nowoczesny podmiejski pociąg był naszpikowany elektroniką, a za jego oknami widniał krajobraz pełen nasyconej deszczem zieleni, zaś pośród niego imponowała jednorodzinna zabudowa. Wioski zmieniły się już w osiedla, a domy w nich porządne nad wyraz, nakryte dobrą dachówką, otoczone zadbanymi ogrodami, ogrodzone świetnymi ogrodzeniami. Polska jawiła się nam jako kraj może nie bogaty, ale bardzo dostatni. Ta dostatniość rzucała się w oczy. Jakoś nie bardzo ten widok kojarzył się nam z powszechnym narzekaniem. Niedawno ze zdumieniem przeczytałem, że ok. 70% Polaków uważa się za szczęśliwych. Na tym jakoby biednym Mazowszu również. Zadziwiające.

Przecież jednak są okolice, w których żyje się niełatwo, są jeszcze części Mazowsza, które domagają się pomocy i wciąż szukają swojego sposobu na życie, bo gleby są kiepskie, rolnictwo sensu wielkiego nie ma, do miasta daleko i publiczna komunikacja jest beznadziejna.

Wycieczkę w które miejsce zaproponowałby Pan typowemu „warszawskiemu słoikowi” z innego regionu na „dobry początek” przygody z Mazowszem?

- Według przeprowadzonych ostatnio badań zdecydowana większość tzw. „słoików” przybyła do Warszawy z mazowieckiej prowincji. Swoją przygodę z Mazowszem zaczęli więc już w dzieciństwie, jakże im tę prowincję pokazywać? Że: swego nie znacie? Albo, że: najciemniej jest pod latarnią? Od czegoś jednak zacząć trzeba. Poruszającym się własnym samochodem zdecydowanie na początek poleciłbym całodzienny wyjazd do muzeum w domu urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli i po jego odwiedzinach wstąpienia do sąsiadującego z nią Kampinoskiego Parku Narodowego; w Granicy koło Kampinosu jest wygodny leśny parking, interesujące puszczańskie muzeum w plenerze i są trasy przechadzkowe, a dużej urody żółto znakowany szlak dla pieszych po godzinie wędrówki wśród starych sosnowych borów doprowadza do zabytku przyrody i historii, wiekowego Dębu Powstańców Styczniowych.

Rozmawiał Tomasz Leszkowicz

Lechosław Herz – aktor, krajoznawca, publicysta, twórca przewodników. Autor książek m.in. "Wardęga. Opowieść z pobocza drogi" (2010) oraz "Klangor i fanfary (2012)".Rozmowa ukazał się pierwotnie na portalu Histmag.org. O najnowszej książce L.Herza "Podróże po Mazowszu" czytaj więcej tutaj.

fot. Creative Commons Attribution 3.0 Unported

Przeczytaj także
Dymisja zarządu Grupy PKP. Prokuratura stawia zarzuty

Rada Nadzorcza PKP odwołała zarząd spółki. To pokłosie śledztwa CBA w sprawie domniemanej nieprawidłowości przy zawieraniu umowy na zabezpieczenie antyterrorystyczne kolei podczas zeszłorocznych Światowych Dni Młodzieży.

[Sport] [Piłka nożna] Legia Warszawa odpada z Ligi Europejskiej

Po porażce na wyjdździe z Ajaxem Amsterdam 0-1 (0-0) Legia na 1/16 finału LE kończy swoją "przygodę" w europejskich pucharach w tym sezonie.

Wojciech Stanisławski: Przystanek w Agloe (prehistoria postprawdy)

"Postprawdy", wymyślane ze złej woli, lenistwa intelektualnego lub na kacu, reprodukują się skutecznie jak wirusy i okazują się równie niezniszczalne

Manifest Słoika

Jak zrozumieć rzeczywistość Słoika? Najłatwiej, oglądając bollywoodzkie filmy. Warszawa to superprodukcja hinduskiego przemysłu kinematograficznego.

Narew jest fajna. Moja teściowa ma chałupę za Serockiem nad samą rzeką.

Mazowsze OK. Zwłaszcza okolice Wilgi :-)

No, są na Mazowszu ładne miejsca, ale tak generalnie to krajobraz Mazowsza jest przeraźliwie płaski, nudny. Zwłaszcza jeśli oko przywykło do wyżyn porośniętych lasami, poprzecinanych rzekami i jeziorami... Z tym jednak jest jak niewiastą - nie ta ładna, która ładna, tylko ta, która się podoba. Sam jestem z Mazowsza i wprawdzie nie zachwycam się jego krajobrazem, z powodu wyżej wyłożonego, ale bardzo mi się podoba... jego zapach.

To jest zupełnie inne piękno. Jestem fanem gór, i to konkretnych (poza Tatrami dają radę Babia i trochę Karkonosze: Śnieżka - ważne, żeby wyleźć z kosodrzewiny na jakiś sensowny poziom), ale stwierdzenie, że "płaskie to brzydkie", to pomyłka. Płaska meseta na Camino de Santiago dowodem.
A Mazowsze? Nie całe jest płaskie, choćby wspomniany KPN czy np. Wysoczyzna Rawska. Piękne jest i na płaskim i na górkach.
Do tego rzeki. Taka Wkra.

Napisał/a: tabula rasa"płaskie to brzydkie"

Przecież tak nie napisałem. Napisałem:

Napisał/a: lewarek.pl krajobraz Mazowsza jest przeraźliwie płaski, nudny.

Płaskie też może być ładne. Na przykład - piersi.

jestem mocno za
Mazowsze jest piękne, ale niekoniecznie drogi dojazdowe do stolicy
Polska powiatowa ma swe plusy dodatnie

Napisał/a: lewarek.pl ale tak generalnie to krajobraz Mazowsza jest przeraźliwie płaski, nudny

Nie prawda. Oczywiście w skali gór .. ale w ludzkiej nie jest, kształtują go długie wzniesienia niczym spokojne fale gdzie za następnym szczytem, zakrętem zza gromady drzew odkrywamy nowy mini pejzażyk. Wijące się rzeczki. Polecam wycieczkę do Żelazowej , Arkadii bocznymi drogami i zauważenie drogi pod tym kątem. Co i raz klasyka wierzby, kępy, lasek, pasy pola jak pasiaki i domek. Np domek Gładkowskiej lubianej przez Chopina na takim widoczku stoi i go tworzy a dołem drzewka i rzeczka. Wobezc Tatr to żaden dół ale nie tak nudno i płasko jak Pan to napisał.
.. budowli wszelakich za dużo ale to problem chaotycznej urbanizacji czyli inny.

Napisał/a: lewarek.pl Sam jestem z Mazowsza i wprawdzie nie zachwycam się jego krajobrazem, z powodu wyżej wyłożonego, ale bardzo mi się podoba... jego zapach.

+1 :-)

Nie zachwycać się Mazowszem to jakby nie zachwycać się Chopinem.

Mazowsze jest urokliwe, ale w mikroskali. Trzeba nieraz zasłonić widok z lewa i prawa, i wtedy można je smakować. Np,. dolinę Rawki, fragmenty Wzniesień Łódzkich. Ogólnie jednak teren jest bardzo zdewastowany przez mieszkańców, samorządy i leśników. Ładnie jest tam, gdzie jeszcze nie dali rady.
Niestety, te uwagi dotyczą znacznej części Polski.

Napisał/a: Wielen

Mazowsze jest urokliwe, ale w mikroskali. Trzeba nieraz zasłonić widok z lewa i prawa, i wtedy można je smakować. Np,. dolinę Rawki, fragmenty Wzniesień Łódzkich. Ogólnie jednak teren jest bardzo zdewastowany przez mieszkańców, samorządy i leśników. Ładnie jest tam, gdzie jeszcze nie dali rady.
Niestety, te uwagi dotyczą znacznej części Polski.

Z tym się zgadzam. Mazowsze ma ładne miejsca, jest ładne w mikroskali. To, co mną teraz najbardziej wstrząsa, to ogromne blaszane magazyny, które pokrywają coraz gęściej okolice Warszawy. Pomijam, że wyłączają spod uprawy jedne z najlepszych ziem w Polsce, bo nie o tym tu mowa. Powstają bezładnie, tam, gdzie zagranicznej firmie uda się wykupić kawałek pola od rolnika czy sadownika. Dewastują krajobraz, a właściwie eliminują go. Na płaskiej przestrzeni zasłaniają wszystko, łącznie z horyzontem. W krajobrazie bardziej pofałdowanym takie obiekty łatwiej schować i wtedy nie stanowią aż tak wielkiego problemu.

Tu jest piękno Mazowsza. Najlepszy opis jaki w życiu czytałem to relacja z wyprawy pieszej naszych Kolegów Rebelyantów.
Czytajta bo warto:

Napisał/a: Minotałro

Idziemy w składzie: Panzerfish, Dostatni, Zbieracz, Filho
Pogoda dopisuje. Dzisiaj wyszliśmy po Mszy świętej. Po drodze zaliczyliśmy kilka atrakcji, m.in. przeprawę dziurawą łódką przez Narew. Jest pięknie. Woda z rozlewisk jeszcze nie zeszła, co nam trochę utrudnia drogę, ale jednocześnie zapewnia piękne widoki z moreny. Dziewczyny z wiosek na nasz widok piszczą z uciechy i proszą, żebyśmy zrobili sobie z nimi zdjęcie. Lokalsi patrzą z podziwem, jak rozpracowujemy wódę bezpośrednio pod sklepem, z gwinta. Nic nie złowiliśmy. Ogień płonie. W oddali słychać bąka

„[...] istotny zaś sens każdej Wielkiej Przygody w tym tkwi przede wszystkim, że człowiek poddawany jest przez nią próbie taki, jaki jest naprawdę, a nie za jakiego sam się ma lub mają go inni” (Teodor Parnicki)

Dedykuję Arturowi
Wszystko zaczęło się jakieś 35 lat temu. Chłonąłem świat jak gąbka, ale jednocześnie filtrowałem go, odrzucałem to, co mi z jakichś powodów nie pasowało. Czy to ja odrzucałem, czy coś za mnie, coś we mnie nie zgadzało się na pewne rzeczy – nie wiem. Efekt jest jednak taki, że pierwsze lata w moich wspomnieniach to są lata nieustannej wiosny i nieprzemijającego lata. Nie pamiętam zimy. Pamiętam, jak wstawałem rano, jak patrzyłem za okno, w dolinę Narwi, w którą wlewało się poranne słońce. Wtedy to się zaczęło. Rosło we mnie to ogromne pragnienie, żeby zstąpić w tę słoneczną dolinę i przejść narwiańskimi łąkami ile się da. Jednak najpierw byłem za mały na taką wyprawę, a może za mało odważny. A później życie skutecznie mnie od tego ważnego planu odciągnęło i wrzuciło w szlachetne i mniej dostojne dorosłe obowiązki.
Aż nadarzyła się okazją. Duch Święty dmuchnął w szyszynkę i ujrzałem siebie pięcioletniego na brzegu słonecznej doliny. I zrozumiałem, że nareszcie jest pora, a nawet więcej – że już dłużej nie dam rady bez tego doświadczenia. Żadne surogaty nic tu nie pomogą, żadne protezy nie zastąpią prawdziwszych od życia dziecięcych marzeń i pora skoczyć w to.
Nadarzyli się koledzy, nadarzył się wolny czas, ale przede wszystkim wyczekałem pozwolenia pani żony. Spakowałem się i pojechałem do Łomży, do miejsca, skąd ta wyprawa miała ruszyć.
Lecz pierwszy w Łomży był Dostatni – brat straszny lubelskiej rebelloży. Człowiek o okrutnym spojrzeniu, przed którym nic się nie ukryje. Czekał on na mnie w domu mojej matki, która karmiła go sernikiem. Jadł ten sernik i czekał na mnie. A gdy przyszedłem, ja czterdziestoletni, ja niepewny jutra pielgrzym, Dostatni zapytał mnie, co ze Zbieraczem i Pancerfiszem, bo na nich czekaliśmy. A Zbieracz i Pancerfisz powiedzieli mi, że dojadą później. I tak siedzieliśmy. Dostatni jadł kolejne kawałki sernika, a oblicze mojej matki rozjaśniało się z każdym jego kęsem, bo widziała, że sernik jest dobry, że smakuje.
I usłyszeliśmy, ja i Dostatni, głos mojego ojca. Ojciec zapytał nas doświadczonym basem, jaki mamy plan. Wyznałem szczerze, co chcemy, a ojciec powiedział, że głupi jestem.
- Tam nic nie ma. Po co się włóczyć na piechotę, kolegę ciągać niewiadomogdzie? Jedźcie na Kurpie.
Dostatni się zadumał. I zwiodły go słowa mojego ojca, i uwierzył mu, że tak będzie lepiej, i jął mnie namawiać, żebym zmienił plan. Alem nie zmienił planu, tylko temat. Zaproponowałem Dostatniemu obejrzenie Łomży.
A był to czas tużpootwarciu legendarnych nadnarwiańskich bulwarów łomżyńskich. Poszliśmy więc je obejrzeć. Nic tam jednak nie było ciekawego oprócz wulgarnej nowości i niosących się z oddali nawoływań kibiców eŁKaeSu łomżyńskiego, który grał właśnie ważny mecz z Warmią Grajewo. Poszliśmy więc z bulwarów pod górę, kamiennymi schodami. Obejrzeliśmy remont na Starym Rynku, carskie kamienice na Dwornej. A gdy już to zobaczyliśmy, zaproponowałem:
- Odwiedźmy Wujka.
Bo Wujek mieszkał nieopodal, a jest Wujek człowiekiem z ducha, arystokratą, osobą szlachetną, godną, erudytą, ukrytym czytelnikiem Forum Rebelyi przy okazji. Poszliśmy więc do Wujka, a on nas przyjął gościnnie. Wypiliśmy miętowej herbaty z miodem gryczanym, wypiliśmy trochę różnych nalewek, a Wujek zapytał, jaki mamy plan. Wyznałem szczerze, co chcemy, a wujek na to:
- A po co? Tam nic nie ma! Jutro Boże Ciało. To już lepiej jedźcie na procesję do Myszyńca.
Dostatni się zadumał, a zadumał się głębiej, bo to już druga osoba przekonywała go tego wieczora, że nie warto, że nic nie ma. I wysnuł Dostatni plan odmienny. Odłożyliśmy jednak plan do decyzji na jutro i udaliśmy się na spoczynek.
Wcześniej jednak okazało się, że Zbieracz i Pancerfisz nie zdążyli na ostatni autobus do Łomży i muszą kombinować, i będą około 2 w nocy. Zostawiłem więc Dostatniego w pustym mieszkaniu moich rodziców i udałem się na noc do małżonki. I do niczego nie doszło.
Rano zbudziłem się o szóstej, obmyłem się i poszedłem do domu rodziców. Matka i ojciec przywitali mnie promiennie. Było za dziesięć siódma. Przez okna wlewało się to dziecięce słońce, ten dawno niewidziany blask. Na stole w kuchni leżała siekiera i stała niedopita butelka lubelskiej cytrynówki. A więc przyjechali. Moje serce rozśpiewało się radośnie. Z pokojów wyszli oni, trzej kompani, trzej herosi. Ubrali się, obmyli i poszliśmy na Mszę na siódmą. Zdążyliśmy.
Po Mszy zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i ruszyliśmy. Bo pomysły Ojca i Wujka zdecydowanie odrzucił Zbieracz. Już zaczęliśmy iść, gdy się zorientowałem, że zapomnieliśmy zabrać wódkę. A że mama mieszka na parterze, zastukałem w parapet. I podała nam moja mama tę niedopitą flaszkę cytrynówki i drugą, chyba żurawinówkę, bo to też zostawiliśmy. A potem zawołała na mnie jeszcze i wychyliła się przez otwarto na oścież okno, i podała mi cztery kieliszki. Ale kieliszków nie wzięliśmy. I poszliśmy.
Szliśmy w dół, obok klasztoru Panien Banedyktynek, do Narwi, a później wzdłuż jej lewego brzegu ku źródłu rzeki. I pierwszy popas wypadł nam za grodzisku starołomżyńskim, a właściwie sporo już za nim, wysoko, na wzgórzu morenowym, z którego roztaczał się cudowny pejzaż na dolinę Narwi. A wiosna była piękna. Niebo błękitne, chmurki małe i białe, Narew jeszcze rozlana, błyszcząca srebrno po zieloniutkich łąkach, leniwie liżąca ten świat. I sporo chłopów siedziało w trzcinach kiełkujących, wpatrzonych w nieruchome kije, bo baby poszły na procesję, a chłopy na ryby.
Tam to, na tym wzgórzu miał Pancerfisz pierwszą wizję ognistą, wizję szerokiej w biodrach kobiety, która może urodzić wszechświat. Wysłuchaliśmy z przejęciem jego przesłania i poszliśmy dalej. Rozmowa zeszła nam na nordic walking i odchudzanie. Szliśmy opustoszałymi chutorami, aż doszliśmy do Siemienia.
Jest ci wieś Siemień posadzona na wzgórzu stromo ku Narwi spadającym. Jest na tym wzgórzu wiata widokowa. Usiedliśmy tam i spożyliśmy drugie śniadanie. Tak to zapoznałem się z warzywem podobnym do sałaty, które się nazywa musztarda. Bardzo ciekawe.
Najedzeni – patrzyliśmy w dal, aż podjechały dwie rowerzystki. Wiata była zajęta przez nas, więc usiadły opodal. Pancerfisz pomachał im ręką. Przyjaźnie. Jedna podeszła:
- Znamy się?
- Nie, ja tylko tak...
Jednak to jej nie speszyło. Jak to kobieta: a gdzie idziecie, a po co?
- Do Wizny idziemy. Tak sobie.
- Przecież to bez sensu. Tam nic nie ma. Poza tym jak przejdziecie na drugą stronę Narwi?
- Tu niedaleko jest prom. Przeprawimy się promem.
- Ale prom zerwany. Wysoka woda. Nie dojdziecie do Wizny.
- My nie dojdziemy? My???
Usiedliśmy do studium planistycznego, a ona patrzyła na nas i nic nie pojmowała, ale ją to bawiło. Bo to stuprocentowa kobieta. Postanowiliśmy znaleźć kogoś z łódką. Na pożegnanie z robiliśmy sobie zdjęcie z Ewą i jej koleżanką. Wysłałem nawet Kornowi ememesa, ale on ma jakąś przedpotopową nokię, co nie obsługuje ememesów. I poszliśmy w jedyne miejsce w Siemieniu, gdzie coś można było zaradzić na naszą biedę. Pod sklep poszliśmy.
Sklep był otwarty. Pod sklepem stało dwóch nicnierobiących lokalsów. Przedstawiliśmy projekt, a oni się ucieszyli i jeden natychmiast pobiegł po wiosła. W tak zwanym międzyczasie kupiliśmy więc piwo. Znaczy – ja nie kupiłem, kupił mi Zbieracz, bo okazało się, że wyszedłem z pustym portfelelem.
- Ile im za to dać? – zapytaliśmy sklepowej.
- A dajcie im na piwo – odpowiedziała z uśmiechem.
Zeszliśmy więc do rzeki. Wysoka woda, brzeg nasiąknięty jak gąbka. Nadbiega ten z wiosłami.
- To jak płyniemy? Mamy wiosłować?
Łódka mała. Woda na dnie łódki.
- Przewieziemy was po dwóch.
W pierwszej turze popłynąłem z Pancerfiszem.
- Tu woda ma jakie trzy metry. A tu to już ze dwanaście – opowiadał Charon. – W ubiegłym tygodniu sum się tu koledze zerwał. Miał ze trzydzieści kila.
Na drugim brzegu zarośla i błoto. Jak iść? Poczekaliśmy na Dostatniego i Zbieracza. Zbieracz uiścił należność, znaczy, zgodnie z życzeniem przewoźników, dał na flakon. Charon na odpływnem dał znak ręką:
- O, tam co te drzewa – tam już droga na Niewodowo.
To poszliśmy. Zrazu szło się w niedużych chaszczach. Później było już przyzwoicie. Tak szliśmy, aż doszliśmy do pięknego zakola Narwi. Tu postanowiliśmy zjeść trzecie śniadanie. Posiedzieliśmy, poleżeliśmy, postanowiłem spróbować złowić rybę. A miałem ze sobą spinning. Zarzucałem i kręciłem, ale bez jaj – jeszcze nigdy nic nie złapałem, więc niby czemu teraz? Naszedł mnie na burcie rzeki mały lokals. Mały wzrostem, bo wiekowo starszy:
- Kartę ma?
- Ma ma – mówię. – Kartę i pozwolenie. Co trzeba jest. A ryba tu jest?
- Jest woda, to jest i ryba – odrzekł lokals i zaczął logoreę na temat słupów wysokiego napięcia, takich wysokich, dziewięćdziesięciometrowych, i o cenie, za jaką wykupywano ziemię pod te słupy. – A wy gdzie idzieta?
- Do Wizny.
- Do Wizny? – zdziwił się lokals. – Tam nic nie ma.
- To co mamy robić? – bo już się wkurzyłem. – Telewizję oglądać?
- Też prawda. Teraz same powtórki – zgodził się lokals i przepadł w trawie.
Poszliśmy dalej, do Niewodowa. A tam sklep, od razu normalnie przy wyjściu z tej łąki. Kupiliśmy półlitra i poszliśmy dalej. Trzeba było coś zjeść. Znaleźliśmy więc jakąś łączkę pod lasem. Usiedliśmy tam i zjedliśmy kolejne śniadanie. I wypiliśmy coś. I zachmurzyło się, zaniosło. A Pancerfisz ze Zbieraczem powiedzieli, że muszą się przespać, bo spali tylko trzy godziny. To poszliśmy z bratem Dostatnim dalej sami, do Rakowa, a mieliśmy się spotkać za dwie godziny gdzie indziej, jak już odeśpią.
I zaczęło padać. Znaleźliśmy sklep wiejski, z pustaka wykonany. A nad wejściem do sklepu balkon, a pod balkonem ławeczka i dwa plastikowe krzesła, a na jednym plastikowym krześle kamień. Nikogo. Usiedliśmy więc na ławeczce, żeby burzę, bo to burza była, przeczekać. Patrzyliśmy na drugą stronę Narwi, a tam na łące stało pięćdziesiąt, sześćdziesiąt bocianów. Stały i mokły. Gdy tak patrzyliśmy na bociany, otworzyły się drzwi sklepu i wyszedł właściciel z czterema piwami.
- My chcemy tu deszcz przeczekać – mówię.
- A siedźcie se – pozwolił. Zanim odszedł, popatrzył na mój spinning i mówi – Trzy dni temu kolega złapał tu dalej, na zakręcie, białą rybę, trzy i pół kila. Biała ryba, tak u nas mówią, taka ryba.
I poszedł. A my patrzyliśmy na krajobraz już po deszczu. I wtedy ludność wyległa z domostw, a bociany rozeszły się po łące. Z domu obok wyszła kobieta z dwoma chłopcami. Starszy chłopiec zdecydowanym krokiem podszedł do nas, wziął z plastikowego krzesła kamień i zaczął nim napierdalać w metalową kratę, co była obok drzwi sklepowych. I zrozumiałem, że zaraz przyjdzie właściciel. Że właśnie został przyzwany. A ja myślałem, że ten kamień miał przytrzymywać krzesło, żeby wiatr nie przesunął. Ale ja generalnie nic ze świata nie rozumiem. Zebraliśmy się i poszliśmy.
Niewiele dalej była kolejna wiata widokowa. I tam posiedzieliśmy i popatrzyliśmy. Długo. A później doszliśmy do Krzewa. A tam była stacja kajakowa. I siedzieli tam wędkarze. To i my poszliśmy powędkować. Ale to było złe miejsce. Siedzieli pijani na krzesełkach, patrzyli na nieruchome kije. I nagle jeden wstał i poszedł do samochodu. I wrócił z pistoletem pneumatycznym. I zaczął strzelać do kolegów. Uśmiechali się do niego błogo. Poszliśmy. Nieco dalej był pomost prywatny. I szła kobieta z dzieckiem. Wleźliśmy na pomost, ale ja odwróciłem się do kobiety i pytam:
- Możemy?
A ona pięknie się do mnie uśmiechnęła i powiedziała, że to jej i że możemy. A jej mąż patrzył zza płota. Porzucałem tam spinningiem, ale dalej nic nie brało. Ale ładnie było. I poszliśmy dalej. I znaleźliśmy w Krzewie użytek ekologiczny „Piaskowa Góra”. A to, co widać z tej Góry – tego się nie da opowiedzieć. Z jednej strony dolina jak na dłoni. A z tyłu wiejski śmietnik, popegeerowskie zbaudowania zrujnowane i dziki kot w trawie. Szukaliśmy miejsca na ognisko, ale nie mogliśmy się dogadać. Lecz ze szczytu góry widać było piaszczystą drogę, co do Narwi dochodzi. Tam pójść postanowiliśmy. A było to, jak się okazało, bardzo dobre miejsce. Na zakręcie rzeki, za podmokłymi łąkami, gdzie było dużo ptaków, w tym bąków dużo. Tu też próbowałem pospinningować. I przyszli Zbieracz i Pancerfisz, i rozpaliliśmy święty ogień, i zjedliśmy kiełbasę i chleb, i wypiliśmy conieco. I przyjechała moja żona. I zabrała mnie i Dostatniego do Łomży, a święta Reszta postanowiła przespać nad Narwią. Tak się i stało.
I nastał wieczór i poranek dzień drugi. I pojechaliśmy z Dostatnim na strzelnicę. Tam Dostatni strzelał z kałacha i z glocka. I dobrze mu szło. Z kałacha wszystkie strzały śmiertelne. Z glocka ostatnim strzałem urwał tarczę. Kozak. A później pojechaliśmy na forty łomżyńskie. Pochodziliśmy, ale ja mam klaustrofobię i odmówiłem zstąpienia w czeluści. Kiedyś, w dzieciństwie byłem tam na dnie i nigdy tego nie powtórzę.
A później pojechaliśmy do Drozdowa, gdzie skonał wielki Polak Roman Dmowski. Weszliśmy do Muzeum w Drozdowie. W korytarzu miła panienka.
- Proszę pani – mówię do niej i pokazuję na Dostatniego – kolega jest z Lublina. Przyjechał tutaj pokłonić się relikwiom drugiego stopnia po wielkim Polaku Romanie Dmowskim.
Dziewczę pięknie się uśmiechnęło:
- To ja może pójdę do kierowniczki.
Weszła do jakiegoś pokoju, a ja słyszę, że mówi:
- Pani kierowniczko, jakiś pan z Lublina przyjechał. Mówi że chce się pokłonić relikwiom Romana Dmowskiego.
Długa cisza. W końcu wyszła kierowniczka. Bardzo miła. Pokazała nam maskę pośmiertną Dmowskiego.
- Jakiś mały był – mówię. – Główka taka mała jak u pigmeja. To w skali zrobione?
- Normalny był, jaki mały? – upomniał mnie Dostatni.
Pani kierowniczka była, jak już stwierdziłem wyżej, miła. I kompetentna. Opowiedziała nam, skąd w Drozdowie Dmowski, opowiedziała o przyjaźni Dmowskiego z ludźmi stąd. Podziękowaliśmy i pojechaliśmy do Łomży, na spotkanie z kapucynem, który miał nas wpuścić do klasztoru.
Ojciec ten kapucyn jest poetą. Zaprowadził nas najpierw do ogrodu klasztornego. Staliśmy na tarasie, z którego schodzi się do ogrodu, a on nam pokazywał, w którym miejscu w jakiej porze roku wschodzi słońce. A później opowiedział anegdotę, jak w 1925 roku (z okazji utworzenia diecezji łomżyńskiej) był tu, na tym tarasie, nuncjusz Achille Ratti. Spojrzał na dolinę z tego tarasu i powiedział: „Widzę cały świat”. Były to prorocze słowa, bo został Piusem XI wkrótce. Piękna historia. Absolutnie niemożliwa, ale prawdziwa, bo piękna. Kto widział tę dolinę, ten wie, że daty nie mają tu nic do rzeczy. Usiedliśmy później w altanie ogrodowej, a ojciec przeczytał nam kilka swoich wierszy. A później poszliśmy do klasztornych katakumb. I to było piękne i poruszające.
A później pojechaliśmy w nadnarwiańską dzicz, żeby postrzelać do puszek po piwie z wiatrówki. Mieliśmy strzelać do wizerunków znanych osób, ale nam gdzieś wypadły po drodze. Szybko wypiłem więc dwa piwa i umieściliśmy je, te puste puszki, na przybrzeżnym krzaku. Wiatr bujał gałęziami, a my mieliśmy wizualizacje. Oto kryją się przed nami wrogowie naszej biednej ojczyzny. I wykrzykiwaliśmy ich nazwiska plugawe, i siekliśmy w puszki śrutem, a wszystkie strzały sięgały celu. Syci wrażeń pojechaliśmy dalej.
I pojechaliśmy do Strękowej Góry, gdzie rozegrała się akcja 40:1. I to jest, moi mili, absolutne must-see. Ta góra, na szczycie której dawny słup graniczny. Wysoki maszt i dumna polska flaga łopocząca. I oszałamiający widok w dal, poniżej. I wszystko zaczynacie rozumieć. A bohaterstwo staje się absolutnie oczywiste, na wyciągnięcie ręki. Tam wyryliśmy w stole drewnianym pod wiatą literę R. Że niby Rebelya. I odjechaliśmy do Wizny.
A w Wiźnie lał deszcz. Jeszcze zdążyliśmy zajść do kościoła, ale później już tak lało, że trzeba coś było wymyśleć. Więc postanowiliśmy pójść na kawę. I wtedy zrozumieliśmy, dlaczego mój ojciec, Wujek, Ewa oraz mały lokals mówili nam, że tam nic nie ma. Bo nie ma. Ale w końcu znaleźliśmy piekarnię, a w niej fotografię filiżanki. I okazało się, że dają tam kawę. Całkiemcałkiem. A gdy wypiliśmy kawę, do Wizny doszli Pnacerfisz i Zbieracz. A gdy się ogarnęliśmy po tym niesłychanym spotkaniu, pojechaliśmy we czwórkę do Jedwabnego, bo to blisko. I tu zdziwko: TO miejsce nie jest oznaczone. Trudno trafić. Ale znaleźliśmy. A tam znany pomnik i flaga izraelska. A polskiej nie uświadczysz. Dlaczego? Przecież tam zginęli polscy obywatele! Tego nie pojęliśmy. I odjechaliśmy w stronę Łomży, obcierając przy tym błotnikiem o wysoki krawężnik.
A w Łomży poszliśmy na wieczorne piwo do knajpy na Farnej. I tu dwa zaskoczenia. Pierwsze: mają cydr z beczki. Dobry. Drugie: znalazła nas Ewa. Znalazła i już nie chciała odejść. Pogadaliśmy więc deczko o tym i o owym. I postanowiliśmy pójść do Wujka. Kupiliśmy więc pół litra spirytusu i poszliśmy. Wujek zaprosił nas do środka. Naparzył herbaty z mięty, dał chleba, miodu i nalewki. A plan był taki, że wypijemy po dwa kieliszki nalewki i uciekamy. Ale to nie wyszło. Bo było nam bardzo dobrze. I wujek polewał coraz to inne wynalazki. A są to, niech Dostatni zaświadczy, i Zbieracz z Pancerfiszem potwierdzą, najlepsze nalewki. Bóg dał owoce. Wujek dał resztę. I wyszło coś nadzwyczajnego.
Ale ja nie mogłem tam długo siedzieć. W pewnym momencie zauważyłem, że oczy Zbieracza zaczęły palić się zielonym światłem, że rzeczywistość wokół Dostatniego zgęstniał w galaretowatą aurę, a Pancerfisz wygłosił najszlachetniejszy toast, jaki w życiu słyszałem.
I wtedy zrozumiałem, że czas na mnie. I wyszedłem, zostawiając Ich przy stole.
Tak mi się ta relacja rozpełzła. Treściowo i stylistycznie. Jak życie.
Niech inni coś dodadzą lub ujmą. Nie mam siły.

CHNiNK http://rebelya.pl/forum/watek/64421/

Copyright © 2011 Rebelya.pl Wszelkie prawa zastrzeżone.