Wojciech Stanisławski: Przystanek w Agloe (prehistoria postprawdy)

15.02.2017

„Postprawdy”, wymyślane ze złej woli, lenistwa intelektualnego lub na kacu, reprodukują się skutecznie jak wirusy i okazują się równie niezniszczalne

Jak wiadomo, w realnym socjalizmie mapy zawierały nieścisłości nie ze względu na czyjeś lenistwo, niedbałość czy zapoj gentlemana noszącego łatę triangulacyjną: dopuszczano się ich wyłącznie z myślą o pokrzyżowaniu szyków szpiegów i dywersantów. To obiegowe przekonanie znalazło niedawno potwierdzenie w zajmującej pracy Beaty Konopskiej, zatytułowanej „Wpływ aparatu władzy w latach 1944-1989 na polskie publikacje kartograficzne do użytku publicznego”.

Kartkując tę monografię Instytutu Geodezji i Kartografii myślałem, że klęska legionów Warrusa była niczym w porównaniu z losem, jaki spotkałby pancerne hufce NATO, które ugrzęzłyby w niezaznaczonych bliżej zakolach Kanału Łasica w zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. Wiem, co mówię: z braku Abramsów w wersji M1IP, wyposzczone oparzeliska pod Łosią Wólką pochłonęły wiele księżyców temu namiot, pałatkę i kociołek mojego zastępu „Żubrów”, kiedy wybraliśmy się w te okolice na pierwszy wiosenny biwak.

W socjalizmie fałszowano mapy dla idei: w kapitalizmie, jak nietrudno się domyślić, dla zysku, a ściślej – dla ochrony przed utratą zysków ze strony nieuczciwej konkurencji. Na przełomie XIX i XX wieku mapy w atlasach kopiowano bowiem lub przerysowywano (z nieznaczną zmianą skali, kolorystyki i liternictwa) na potęgę i nie bardzo było wiadomo, jak sobie z tym poradzić. Można bowiem zastrzec treść wiersza, rozprawy naukowej lub nawet rysunku w atlasie, a przynajmniej bez trudu udowodnić, kto dokonał jego pierwodruku: jak jednak zastrzec owoc prac topografów, który w założeniu miał po prostu możliwie wiernie odwzorowywać rzeczywistość?

Rozwiązanie było jedno: wpuścić przeciwnika na minę, tj. narysować we własnym atlasie nieistniejącą rzekę, miejscowość lub pagórek, odczekać rok czy dwa, aż ryba połknie haczyk, wydając naszą krwawicę pod swoim nagłówkiem, po czym zagadnąć go przed sądem: a skąd wzięła się u ciebie ta struga, kochaneńki?

Praktyka taka kwitła przez dekady, w angielszczyźnie początku XX wieku pojawił się nawet idiom trap streets, tj. „ulice-pułapki” na określenie wpadek czcigodnych, wydawałoby się, firm kartograficznych. Z reguły nie rysowano oczywiście nieistniejących łańcuchów górskich czy metropolii: taka praktyka, godna Italo Calvino, podważałaby wiarygodność wydawcy. Ot, jakieś bagnisko, nieczynne wyrobisko żwiru, mała osada górnicza…

Tej praktyki trzymał się dyrektor nowojorskiej General Drafting Company, Otto G. Lindberg, zlecając w 1925 roku ulokowanie (na mapie) niewielkiej osady w lesistych górach Catskills, w zachodniej części stanu Nowy Jork. Wówczas stanowiły one natchnienie dla wędkarzy poszukujących łososi, w kilka dekad później – dla fotografów, szukających wczesną jesienią motywów do fototapet. Zawsze można tam pisać haiku. Na skrzyżowaniu anonimowej szutrówki z drogą stanową NY 206, na szerokości geograficznej 41,964 i długości 74,907 pojawiła się więc, w rozprowadzanym bezpłatnie na stacjach benzynowych przewodniku, miejscowość, zaznaczona najmniejszym z możliwych kółek, tłumaczonych w legendzie mapy jako „do 300 mieszkańców”. W rzeczywistości nie miała żadnego: Gogol pokiwałby z uznaniem głową nad powołaniem do istnienia trzystu martwych dusz. A nazwa? Otto G. Lindberg, prezes z fantazją, sięgnął po inicjały swoje oraz sekretarza General Drafting Company, Ernesta Alpersa: po chwili anagram „Agloe” był gotów.

W trzy lata później Agloe zajaśniało na stronie 67 atlasu najbardziej renomowanej wówczas amerykańskiej firmy kartograficznej Rand McNally. Otto G. Lindberg zacierał ręce: odszkodowania miały iść w miliony. Podczas pierwszej rozprawy przedstawiciel pozwanego zapewnił jednak, że miejscowość pojawiła się w rezultacie prowadzonych samodzielnie przez firmę wyczerpujących badań terenowych. Sąd powołał biegłych i zlecił przeprowadzenie sesji wyjazdowej.

Jak się okazało, na skrzyżowaniu szutrówki i drogi stanowej, o dwa kroki od potoku Willowemoc, stał sklep o nazwie „Agloe General Store” oraz gustowny pensjonat dla wędkarzy; właściciele obu odprowadzali podatki w hrabstwie, które umieściło miejscowość w swych rejestrach. Jak zeznał właściciel sklepu, nazwę wybrał, posiłkując się mapą wydaną przez General Drafting Company. Sąd oddalił skargę: ktoś bardziej przesądny niż Otto G. Lindberg mógłby uznać całą sprawę za zemstę łososi.

Wspominam na uroki Agloe, czytając jeremiady na temat triumfów „post-prawdy”, okrzykniętej już „słowem roku 2016” przez redakcję Oxford English Dictionary. Postprawda okazuje się winna triumfów Trumpa i Brexitowców: na łamach „Newsweeka” czujny Jakub Majmurek, trochę tylko mieszając kategorie wagowe (i wynikające z przyzwoitości rozróżnienia) mianuje jej głównymi szermierzami Władimira Putina i Joachima Brudzińskiego.

Ja wolę przykłady skromniejsze: Krystyna Janda, łykająca kolejne fałszywe memy niczym łosoś błystkę, po czym repostująca je na swojej stronie Facebooka jest równie pocieszna (choć i zasmucająca) jak jej sobowtórka (ładny neologizm?) po stronie endeków, informująca z namaszczeniem, że wszyscy uczestnicy obrad Okrągłego Stołu to Żydzi, a prawdziwe nazwisko Gomułki brzmiało – tak, zgadli państwo, Grynwasser. Tego rodzaju „postprawdy”, wymyślane ze złej woli, lenistwa intelektualnego lub na kacu, reprodukują się skutecznie jak wirusy i okazują się równie niezniszczalne. Nie pomagają na nie autoklawy śledztw dziennikarskich ani wzruszenie ramion: żyją własnym życiem i dla kolejnych powtarzających lub repostujących plotkę są już prawdą: wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości.

Agloe istniało na mapach do końca lat 70., trafiając nawet do renomowanego przewodnika dla wielbicieli gór Catskills; historycy-amatorzy z pobliskiego Roscoe i Hancock do dziś spierają się, kiedy rozebrano stary pensjonat i czy General Store zamknięto po wojnie koreańskiej, czy później. Nie inaczej będzie z facecjami Jandy czy nerwowych, gładko wygolonych młodzieńców; jesteśmy wobec nich bezradni niczym wobec odwiecznej wędrówki łososi w górę strumieni. Pozostaje nam wątła nadzieja, że ich autorzy pewnego dnia otrzeźwieją, gdy trafi ich bryzg wody z przepływającego pod drogą stanową NY 206 strumienia Spring Brook. Nazwy banalne, zbyt banalne, by stanowić owoc wyobraźni prezesa firmy kartograficznej, okazują się najczęściej prawdziwe.

Wojciech Stanisławski

Powyższy tekst pochodzi z najnowszego numeru "Nowej Konfederacji"

Ilustr.: Wikimedia Commons, CC

Przeczytaj także
Wojciech Mucha: Głos Europy czy chór Kremla?

Złudna jest euforia polskich internautów oraz części mediów związana z tym, że twarde stanowisko polskiego rządu ws. relokacji emigrantów odbija się szerokim echem wśród "zwykłych Europejczyków". Narracja polskiego rządu coraz częściej staje się bowiem orężem propagandy rosyjskiej, realizującej w ten sposób własne cele.

USA wypowiadają paryskie porozumienie klimatyczne. Co to oznacza dla Polski?

Podczas szczytu Unia Europejska-Chiny zaplanowanego na 2 czerwca strony mają zaprezentować wspólne stanowisko w sprawie decyzji prezydenta USA Donalda Trumpa o woli opuszczenia przez jego kraj porozumienia klimatycznego. Czy Polska ugra tam coś dla energetyki? - zastanawia się Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl.

Lata dziewięćdziesiąte. Przaśny sklepik z marzeniami

Po ponad ćwierćwieczu na ekrany telewizorów wrócił kultowy serial "Miasteczko Twin Peaks", stworzony przez Davida Lyncha i Marka Frosta. Na początku lat 90. XX w. oglądaliśmy go także w Polsce, pełni nadziei, że teraz będzie u nas jak na Zachodzie. Nie rozumieliśmy lekcji, jaka płynęła z amerykańskiego serialu: Zachód to ...

Łukasz Kobeszko: Niejednoznaczny Zbigniew Brzeziński

Brzeziński nie był ani szczególnym apostołem globalizacji, wartości atlantyckich, ani też amerykańskiej hegemonii. Nie stanowił przykładu nawiedzonego ideologa piszącego zza biurka manifesty o naprawie świata. Widział, że polityka międzynarodowa to rywalizacja, w której warto być elastycznym, działać wielotorowo i grać na kilku fortepianach. W tej optyce rozumiał, że Waszyngtonowi zwyczajnie ...

A dane dane w tym tekście to prawda czy post?

Używanie terminu postprawda jest zazwyczaj przykładem lenistwa intelektualnego.

Copyright © 2011 Rebelya.pl Wszelkie prawa zastrzeżone.