Paweł Rojek w rozmowie z "Frondą Lux": Gra o redefinicję polskości

21.04.2017

Obrona konserwatywnej Polski może polegać na odpowiedniej interpretacji dzieł sztuki współczesnej. Zazwyczaj bywają one mądrzejsze od swoich twórców i mogą ujawniać sensy, których ci nawet nie przeczuwali. Jeśli w ten sposób będziemy patrzeć na sztukę współczesną, stanie się ona naszą własnością, tak samo jak dawniej własnością chrześcijan stała się sztuka pogańska Grecji i Rzymu – mówi dr Paweł Rojek, współautor jednej z ekspozycji w ramach wystawy "Późna polskość. Formy narodowej tożsamości po 1989 r." w Centrum Sztuki Współczesnej.

Mateusz K. Dziób: W Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski trwa wystawa zatytułowana "Późna polskość. Formy narodowej tożsamości po 1989 roku". Jak wygląda polskość według współczesnych artystów?

Paweł Rojek: Widać wyraźnie dwa różne spory o to pojęcie. Pierwszy dotyczy tego, czy w ogóle tożsamość narodowa jest potrzebna. Wielu artystów wciąż jest przekonanych, że polskość jest głównym źródłem naszych nieszczęść i stara się ze wszystkich sił ją krytykować. Takie podejście było charakterystyczne przede wszystkim dla lat dziewięćdziesiątych, ale do dziś można jeszcze znaleźć jego spóźnionych kontynuatorów. Przykładem takiego spojrzenia są dla mnie prace Wilhelma Sasnala i Oskara Dawickiego. Dawicki jest genialnym artystą, gdy kwestionuje pole sztuki, okazuje się jednak tanim publicystą, gdy zajmuje się Polską. To właśnie jedna z jego prac, przedstawiająca polską flagę okrywającą ciało jakiegoś nieszczęśnika, stała się emblematem całej wystawy. Jeszcze bardziej trywialne są narzekania Petera Fussa na polski kult Jana Pawła II. Beka z pomników papieskich nie powala swoją przenikliwością.

A drugi spór o polskość?

– Sądzę, że dziś zasadniczy spór nie dotyczy tego, czy tożsamość narodowa jest ważna, ale raczej tego, jaki powinna mieć ona kształt. To o wiele ciekawsze niż powtarzane do znudzenia kwestionowanie kategorii narodowych. Na naszych oczach toczy się gra o redefinicję polskości. To główny cel Tomasza Kozaka, wybitnego artysty, od którego pochodzi zresztą tytułowe określenie „późna polskość”. Kozak jest zafascynowany elementami polskiej pamięci, chce jednak układać je w nowe wzory, przeinaczać i dialektycznie przetwarzać. Z jego punktu widzenia proste odrzucanie polskości jest tak samo naiwne, jak jej bezrefleksyjne przyjmowanie. Część dzieł zebranych na wystawie można uznać właśnie za próby takiej redefinicji. Dla konserwatystów takie afirmujące polskość podejście jest oczywiście o wiele bardziej kłopotliwe niż łatwe do odrzucenia kwestionowanie polskiej tożsamości.

Wystawę sztuki po 1989 roku otwiera jednak ekspozycja poświęcona postaci Stanisława Szukalskiego, przedwojennego twórcy, który zmarł… w 1987 roku.

– Szukalski to bardzo ciekawy przykład artysty, który łączył awangardowe inspiracje z wątkami narodowymi. Staranne opisy Jacka Staniszewskiego przybliżają tę niezwykłą osobistość. Szukalski stawiał sobie za cel przeformułowanie polskości, szukał dla niej alternatywy w tradycjach słowiańskich, jednak w jego twórczości bez trudu można znaleźć także wątki nacjonalistyczne i antysemickie. Był przy tym dziwakiem, a pod koniec życia pracował nad słownikiem pierwotnego języka, który miał być bliski współczesnej polszczyźnie. Przypuszczam, że dla twórców wystawy, Ewy Gorządek i Stacha Szabłowskiego, Szukalski miał być nie tyle inspirującym przykładem, co przede wszystkim ostrzeżeniem. Łączenie sztuki i narodu może prowadzić do politycznego szaleństwa.

A co mogłoby być inspiracją dla współczesnych artystów?

– Szukalski jest tak naprawdę bardzo bezpiecznym kontekstem. Mało kto się na nim zna, żył dawno, był ewidentnym świrem, dziś inspirować może chyba tylko takich freaków jak Maurycy Gomulicki. Nikt na serio nie jest w stanie podjąć jego dzieła. Wydaje mi się, że właściwszym, o wiele bliższym i o wiele bardziej inspirującym odniesieniem dla współczesnej sztuki mówiącej o narodzie jest polska sztuka z lat osiemdziesiątych. W Polsce działo się coś naprawdę oryginalnego. Anda Rottenberg budowała wtedy swoją karierę, entuzjastycznie opisując po francusku polskie eksperymenty na pograniczu sztuki i religii. Rzecz w tym, że dziś wielu twórców krytycznych chciałoby zapomnieć o swoim zaangażowaniu w tamten nurt. O tym dziedzictwie nie chce też pamiętać Kościół, który czuje się zdradzony przez artystów. To jednak właśnie zbliżenie sztuki, narodu i religii w czasach stanu wojennego stanowi nasze najcenniejsze i najbardziej inspirujące doświadczenie. Zamiast przypomnieć ten wciąż żywy kontekst, kuratorzy woleli jednak przywołać egzotycznego Szukalskiego.

Na wystawie prezentowana jest instalacja Jakuba Woynarowskiego i Jakuba Skoczka Epoka błękitu, która wprost nawiązuje do idei awangardowego konserwatyzmu znanego z „Pressji”. Jak do tego doszło?

– Poznaliśmy się w 2015 roku przy okazji wystawy „Fiat Lux” w krakowskim Bunkrze Sztuki, którą – wraz z Mateuszem Okońskim – zrealizowali jako kolektyw Quadratum Nigrum. Przygotowali tam coś w rodzaju awangardowej kaplicy, której centrum stanowiła całkowicie wyciemniona przestrzeń wypełniona dźwiękami pieśni do słów Kazimierza Malewicza. Wtedy właśnie wydaliśmy tekę „Pressji” o liturgii i artyści zaprosili nas do dyskusji. Urządziliśmy towarzyszącą wystawie debatę zatytułowaną "Msza święta jako totalne dzieło sztuki". To był chyba pierwszy raz, gdy jednym z panelistów w Bunkrze był dominikanin! Wtedy to my komentowaliśmy ich prace artystyczne, teraz zaś to artyści – Jakub Woynarowski i Jakub Skoczek – spróbowali skomentować nasze próby intelektualne. Punktem wyjścia "Epoki błękitu" jest zestawienie Gombrowicza i Wyszyńskiego, które zaproponowaliśmy w „Pressjach” i które rozwinąłem w swojej książce "Awangardowy konserwatyzm".

Połączenie Gombrowicza z Wyszyńskim to na serio czy to raczej intelektualna zabawa?

– Sprawa jest bardzo poważna. W 1986 roku Adam Michnik w głośnym eseju "Kłopot" przeciwstawił Gombrowicza i Wyszyńskiego. Sugerował, że polski inteligent powinien sprzeciwiać się katolicyzmowi tak samo jak dawniej komunizmowi. Tekst ten stanowi tak naprawdę intelektualną podstawę dla całej formacji III Rzeczpospolitej. Dopiero jeśli rozprawimy się z mitem niewspółmierności Gombrowicza i Wyszyńskiego, będzie można przezwyciężyć fatum Michnika. Stąd nasz pomysł na szukanie punktów wspólnych między dziedzictwem wielkiego prymasa i wielkiego pisarza. Jednym z elementów instalacji Woynarowskiego i Skoczka jest przygotowany przeze mnie monolog złożony z posklejanych wypowiedzi Wyszyńskiego i Gombrowicza. W ten sposób, paradoksalnie, stałem się współautorem ich dzieła. Starałem się, by trudno było rozpoznać, kiedy kończy mówić jeden, a zaczyna drugi. To niesamowite, ile jest rozmaitych paraleli między Zapiskami więziennymi Prymasa a "Dziennikami" Gombrowicza. Tekst medytacyjnie recytuje Małgorzata Gorol, znana z głośnego spektaklu "Śmierć i dziewczyna" będącego intymną opowieścią o heroicznej wierze, która przywraca światu formę. Wiara Wyszyńskiego nie wymazuje doświadczenia Gombrowicza, lecz obejmuje je i niesie w sobie. Przygotowany przeze mnie tekst wkrótce opublikujemy w „Pressjach” wraz z innymi materiałami dotyczącymi "Epoki błękitu".

Częścią instalacji Woynarowskiego i Skoczka jest też wideo z zapisem tańca feretronów. O co w tym chodzi?

– Też byłem zaskoczony tym pomysłem. Obaj artyści uznali, że ten dziwaczny kaszubski zwyczaj stanowi doskonałą metaforę awangardowego konserwatyzmu. Po namyśle trudno nie przyznać im racji. Taniec feretronów naocznie pokazuje, jak wielka energia drzemie w tradycyjnym katolicyzmie. Oczywiście o ile tylko pozwoli się, by stare obrazy mogły brać w swoje ręce młode dziewczyny! Bardzo się cieszę, że udało się namówić do współpracy obraźniczki, a przede wszystkim proboszcza z Szemudu, który odważył się wypożyczyć cenny feretron Matki Boskiej jakimś podejrzanym artystom.

Z "Epoką błękitu" sąsiaduje sala, w której wyświetlana jest Msza Artura Żmijewskiego. Czy to nie jest spektakl gorszący dla katolika?

– Moim zdaniem jest w nim coś naprawdę fascynującego. Pomysł Żmijewskiego, by przenieść liturgię katolicką na deski teatru, wydawał mi się genialny. Jan Peszek odgrywał mszę z wielka powagą i starannością, trzymał się rubryk o wiele dokładniej niż księża w niejednej polskiej parafii. Przedtem sądziłem, że cała ta inscenizacja jest bardzo niejednoznaczna, podobnie zresztą jak niektóre inne prace Żmijewskiego, który czasem potrafi wyjść poza ramy zaangażowanej sztuki lewicowej. Jego "Mszę" zwykle postrzega się jako krytykę pustego rytuału i tak też odczytywał ją kiedyś Jakub Moroz w „Pressjach”. Wydawało mi się jednak, że można w niej dostrzec coś więcej, mianowicie dramatyczny wyraz tęsknoty za sensem, który obecny jest w sprawowanej eucharystii, a który nieuchronnie ulatnia się w teatrze. To właśnie ta odgrywana w teatrze msza  jest martwym rytuałem, nie odsyła do niczego poza sobą, nie tworzy żadnej wspólnoty. Widok udawanej mszy świętej skłania do pytania, czym różni się ona od tej prawdziwej. Niestety taka interpretacja okazała się błędnym tropem. Na wystawie natrafiłem na kazanie, które kładzie cały ten fascynujący pomysł, Peszek wygłasza bowiem banalną karykaturę homilii, pełną stereotypowych wyobrażeń lewicy o poglądach Kościoła. Zamiast wieloznacznego postsekularnego wyznania mamy tu zatem naiwną w swojej jednostronności antyklerykalną agitkę.

No właśnie, czy jednak lewica nie wygrywa ostatecznie tej wystawy? Co ze sztuką konserwatywną? Dlaczego jest w zasadzie na niej nieobecna?

– Faktycznie, na wystawie nie ma kilku ważnych artystów, którzy prezentują inną niż dominująca w tych kręgach wizję polskości. Brakuje przede wszystkim Zbigniewa Warpechowskiego, twórcy pojęcia awangardowego konserwatyzmu. O ile mi wiadomo, obawiał się on, że jego prace mogą zostać wepchnięte w kontekst, którego by sobie nie życzył. Nie ma też Alicji Żebrowskiej, głośnej przedstawicielki sztuki krytycznej z lat dziewięćdziesiątych, która ostatnio ku konsternacji krytyczek i krytyków zaczęła tworzyć dzieła podejmujące kwestie narodowe. Jej niezwykły film "Avunculus" przedstawiał na przykład tragedię górników z kopalni Wujek w zadziwiającym sztafarzu azteckiej mitologii. Z młodszych artystów nie zaproszono także Ady Karczmarczyk, która w ostatnich latach wzbudziła sensację swoimi nawiązującymi do popkultury ewangelizacyjnymi pracami. Pisały o niej „Pressje”, a potem „Fronda Lux”.

A więc jednak lewica wygrywa.

– Nie, to nie jest takie proste. Większości prac na wystawie nie da się sprowadzić do kategorii lewicowości, podobnie zresztą jak do prawicowości. Prócz pewnej ilości sztampowych prac krytykujących polskość jest także sporo oryginalnych dzieł, które fascynują swoją wieloznacznością. Do nich moim zdaniem należą na przykład prace Yael Bertany nawołującej do powrotu polskich Żydów, wstydliwe, ale i fascynujące slajdy Michała Szlagi pokazujące Polskę ostatnich lat czy zaskakujące zdjęcia Doroty Nieznalskiej składającej kwiaty na grobie swojego krewnego, Romana Dmowskiego.

Ale na przykład „Solidarność” przedstawiona została raczej krytycznie. W pamięci zapadł mi obraz z kopulującymi psami i napisem wykonanym czcionką „Solidarności” – „Spółdzielnia”.

– Obecne na wystawie prace Grzegorza Klamana są jednak bardzo wieloznaczne. To ciekawy artysta – kiedyś zaangażowany był w projekty Janusza Boguckiego, który tworzył religijne instalacje w podziemiach kościołów, potem stał się jednym z najgorętszych krytyków polskiego katolicyzmu. Na wystawie można zobaczyć jego zdjęcia z cyklu "Solidarity Guerilla", przedstawiające wyobrażone powstańcze patrole robotnicze na tle postapokaliptycznego pejzażu Wybrzeża i Śląska. To zaskakująco radykalna opowieść bliska niepokornemu nurtowi Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Wygląda na to, że Klaman na naszych oczach tworzy nowy heroiczny mit bezkompromisowej „Solidarności”.

Wystawa pokazuje pewne kluczowe wydarzenia z punktu widzenia wspólnoty i sztuki. Dlaczego żadne z dzieł nie odnosi się do Unii Europejskiej?

– Faktycznie, nie zwróciłem na to uwagi, ale to bardzo ciekawe. Podczas jednej z dyskusji towarzyszących wystawie, w której brałem udział, ktoś z sali rzucił, że nie ma się co spierać o polskość, skoro wszyscy jesteśmy Europejczykami. Ten głos wydał mi się rozbrajająco naiwny i przypomniał mi stare dobre lata dziewięćdziesiąte. Wygląda na to, że nasi artyści są o wiele bardziej przenikliwi.

Niektóre z prac przedstawianych na wystawie wywoływały jednak wielkie kontrowersje. W Zamku można zobaczyć na przykład resztki sławnej "Tęczy" Julity Wójcik.

– Tak, poświęcona jest jej cała sala, w której prócz kawałka instalacji można zobaczyć dokumentację jej burzliwych losów. Swoją drogą akurat Tęcza wydaje mi się przykładem tego, jak artysta może jednostronnie narzucać symbole pojednania, które odbierane są jako brutalna prowokacja. Świetnie pisał o tym Tomasz Bardamu we „Frondzie Lux”. Uporczywe palenie "Tęczy" można uznać za podjęcie swoistego dialogu z artystką. Szkoda, że ona sama nie starała się zrozumieć drugiej strony.

Na wystawie można zobaczyć także nagranie protestu Młodzieży Wszechpolskiej przeciwko "Piecie" Klementyny Stępniewskiej.

– To chyba inny przypadek. Artystka sportretowała się w pozie bolejącej Maryi wraz ze swoim chłopakiem ucharakteryzowanym na martwego boksera. Przyznaję, że to bardzo poruszające wideo. Rok temu wszechpolacy wtargnęli na wernisaż wystawy Stępniewskiej w Tarnowie, wznosząc okrzyki „Wielka Polska katolicka”. Wydaje mi się, że obrona katolickiej Polski może polegać nie tylko na zakłócaniu wystaw, ale czasem także na ich odpowiedniej interpretacji. Dzieła sztuki bywają mądrzejsze od swoich twórców i mogą ujawniać sensy, których ci nawet nie przeczuwali. Przecież figura Chrystusa jako zapaśnika znana była już Ojcom Kościoła. Nawet relacja Klementyny Stępniewskiej i Krzysztofa Pacewicza ujawnia coś z miłości Chrystusa do Kościoła. Jeśli w ten sposób będziemy patrzeć na sztukę współczesną, stanie się ona naszą własnością, tak samo jak dawniej własnością chrześcijan stała się sztuka pogańska Grecji i Rzymu. Naszym problemem są nie tyle rzekomo lewaccy współcześni artyści, co raczej brak prawdziwej konserwatywnej krytyki artystycznej.

Rozmawiał Mateusz K. Dziób

Dr Paweł Rojek – filozof i socjolog, wykładowca Instytutu Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przez wiele lat był redaktorem naczelnym kwartalnika “Pressje”. Ostatnio opublikował książkę "Awangardowy konserwatyzm. Idea polska w późnej nowoczesności". Współpracownik portalu Rebelya.pl.

Fot. Jakub Woynarowski, Jakub Skoczek, „Pokłon” (fragment instalacji „Epoka Błękitu”), projekcja wideo / HD, 2017; obraźniczki: Natalia Kleina, Małgorzata Lizius, Magda Pionk, Teresa Waldowska; współpraca: Dawid Gospodarek.

Rozmowa ukazała się w internetowym miesięczniku Lux (nr 1/2).

Przeczytaj także
Przełom, którego nikt nie chciał. Wnioski z Brexitu

Reakcje na Brexit dużo mówią o współczesnym Zachodzie - a dokładniej mówią to czego nikt nie chce usłyszeć: wyjście Wielkiej Brytanii z Unii to dopiero początek zmian, które prowadzą do śmierci demokracji - pisze Seweryn Górczak.

Brexit, czyli Dzień Niepodległości

Na przykładzie brytyjskim może się okazać, że poza Unią Europejską też istnieje życie.

Marcin Darmas: Boks. Rehabilitacja ujarzmionej brutalności

Boks pozostał archipelagiem rycerskości. Regulamin gwarantuje nie tylko równość między zawodnikami, lecz także kategorie wagowe. W czasach nam współczesnych wprowadzono uznaną przez sędziów i menedżerów regułę, że każda walka może być zatrzymana w przypadku wystąpienia pierwszych sygnałów, że człowiek w ringu stracił możliwość samoobrony. Nie wolno, w odróżnieniu od popularnego ...

Mateusz Matyszkowicz: Wysoka kultura, mości panowie

To my konserwatyści jesteśmy współodpowiedzialni za to, że dziś nasza tożsamość coraz rzadziej wyraża się w kulturze wysokiej. Piękne są fajerwerki i wielkie rekonstrukcje, ale to, co może najpełniej wyrazić naszą dojrzałość narodową, jest kulturą wysoką - pisze Mateusz Matyszkowicz.

Copyright © 2011 Rebelya.pl Wszelkie prawa zastrzeżone.