Napisał/a: Laura Kwaśnicka bardzo ok, za to ten obrazek badziewny... a jakie są te sceny erotyczne, o których pisze recenzentka? aaa? ...
[Opowiadanie] Husarze śmierci
22.01.2012Bolszewicy to zobaczyli i nagle odnaleźli Boga w sercu – na kolana i błagać o litość, modły się niosą do nieba. Na nic, przecież na czele jeźdźców sam diabeł jedzie, nasz pan major. W czarnej zbroi, z szablą, skrzydła trzepoczą, niosąc mrok. Opowiadanie Arkadego Saulskiego.
Niezłe te papierosy, wnusiu, naprawdę niezłe. Opowiadałem ci już jakie paliliśmy w Związku Radzieckim? U ruskich papierosy to był syf. Wyjąłeś źle z opakowania i sru – leciał tytoń na ziemię. Co innego amerykany. Marlborosy, albo camele. Tak, camele to paliłem w Izraelu. Gorąco jak cholera, żar się leje z nieba, a twój dziadzio wyciąga papieroska i wciąga, ależ się Szlom z kolegami patrzyli!
U nas to były różne marki, za komuny sporty wszyscy palili, bo innych nie było. Co innego przed wojną. Ty wiesz jakie papierosy palił Marszałek? Specjalnie dla niego były robione, tylko dla niego, nie na sprzedaż. Specjalnie dla Marszałka. Jak kogo poczęstował takim, to rodzina przechowywała niczym skarb, całe pokolenia. Wujek Alojzy to się przecież kazał pochować z tym co go dostał od Marszałka w dwudziestym czwartym. Ten papieros tam jest, jak relikwia, w ziemi zimnej. Wujek Alojzy już dawno zgnił, a pewnikiem papieros cały.
Major Topornicki to był inny człowiek. Major, a może kapitan? Jednak major, dobrze mówię. Marszałek go poczęstował w trzydziestym. Myślał, że major podziękuje i schowa do kieszeni, jak wszyscy, a on prosi o ogień. I stoją, popalają i gawędzą. Major to był taki człowiek.
Potem Marszałek odszedł, a Topornicki się przeniósł do KOP. Służył już tam kiedyś, miał żonę nawet – Ukrainkę. Śliczna dziewczyna, jak malowanie. Po śmierci Marszałka wrócił. Służył w Turzysku. Nie chciał nigdzie indziej, tylko tam. Ciągnęło go coś.
A Turzysk to było zadupie. Wnusiu – nic tam nie było. Kolej, stacja, kamieniczki, kilku żydków. Tych żydków to potem ruskie zabili, wnusiu, u ruskiego być wtedy Żydem to było to samo co u Niemca, niech ci nie mówią inaczej. A szkoda ich było – to mili ludzie. Jeden, Dawid Rabinek, miał sklep. Pan Major u niego pomidory i kartofle kupował. Potem Dawid ukrył w kartoflach ryngraf, jak się wojna zaczęła. Major już wtedy siedział z „Gromadą” w Rzewuszkach, a żydowina mu obiecał ryngraf przechować. Trzymał ten ryngraf przez dwa miesiące. Potem ruscy mu sklep zabrali, zrobili z niego chlew. Dosłownie wnusiu – do sklepu Dawidka świnie wpuścili, bo miejsca dużo. Kartofli nawet nie gotowali, ściągali skórkę i gryźli twarde, jakby jedli jabłka. Znaleźli ryngraf i oglądają, te ich oczęta – czterech żołdaków patrzy na Matkę Boską – a potem wzięli tego Żyda za sklep i tam go zatłukli młotkiem. Nie zastrzelili! Wzięli młotek i pac, pac, pac – w łeb. Dawidek kwiczał jak te świnie co wpuścili mu do sklepu, a oni go ciągle w łeb. Zmarł na wieczór. Gorączkował u państwa Sieniawskich, na pięterku. Czaszkę mu owinęli bandażami, czerwieniały od krwi. Żeby człowieka tak zamęczyć. Szkoda im było kuli, tym ruskim. Zatłukli go, jak zwierze.
Ryngraf zaginął.
Na niebie widać orła. To silny ptak, mknie szybko i pewnie. Ma dziób ze stali i skrzydła ze spiżu. Jest wysoko. Wzrokiem nie sposób go dojrzeć. Patrzy w dół, na ziemię i widzi krew. Opada lekko, pikuje i porywa coś w szpony. Trzyma niewidoczną ofiarę i mknie w błękicie.
Jechali przez noc. Konie się pociły, ale musieli jechać. Major dał wyraźny rozkaz. Bolszewicy poruszali się pojazdami – gonił ich automobil ze dwa dni temu. Ale też konno lub piechotą. Przelewali się przez ziemię jak najgorsza dzicz. Na ich czele Batu Chan i Attyla.
Mijali wsie – ukraińskie głównie, tu w zasadzie innych nie było. Czasami dostali jeść, czasami obelgi. Raz trafili na Żydów. Starozakonni dali chleba i obiecali się modlić. Potem znowu spotkali – tych samych Żydów. Dzieci i kobiety zgwałcono – leżały w błocie przy drodze, zatłuczone kolbami. Mężczyźni też. Śmierdziały te trupy, muchy śpiewały im modlitwę.
Wtedy też Sznepf się popłakał. Major spojrzał, a sierżant beczy jak dziecko, bo to jego bracia w wierze pomordowani. Skręcili więc trochę. Zajechali po śladach od miejsca kaźni, dorwali bolszewików jak jedli przy ognisku, wieczorem. Major nakazał się zakraść i dać ognia dopiero, gdy będą pewni że trafią, amunicja kosztuje.
Tak zrobili. Jeden bolszewik uciekł, ściął go strzał z karabinu. To sierżant pomścił braci w wierze.
Potem dalej, na Bobły. Skręcili na południe, trzeba było uniknąć pancernego eszelonu, bo we wsiach zasłyszeli, że taki rusza. Broniło się jeszcze Pomorze, Warszawa podobno też. Jeszcze parę innych miejsc. Tu było pozamiatane. Weszli bracia Rosjanie. Tu nie będzie nic. To powtarzał major jak wieczorem czyścił szablę, prezent od samego Marszałka.
Było ich dwunastu. Tylu zostało. Dwunastu apostołów.
Co to za kraj wnusiu? Tu, na tej mapie? Porobiło się ich teraz. Dawniej był jeden w tym miejscy. Jeden i spokój.
Jak weszli Niemcy, to Pan Major chciał od razu zbierać ludzi i ruszać na zachód. On właściwie w życiu nie wykonał ani jednego rozkazu. Tylko raz, jak Marszałek żył, pojechał pod Turzysk pierwszy raz. To było jakieś tajne zadanie. Myśleliśmy, że chodzi o bojówki ukraińskie. Było ich tam w cholerę. KOP nie wiedziało w co ręce wsadzić, to co chwilę do Warszawy był list – żeby oficera przysłać, broń, albo i cały korpus. Wysyłało się, albo nie. Radzili tam sobie.
To były piękne ziemie. Gleba tak czarna, że jak brałeś w dłoń to był kolor jak najlepszy atrament. Lubisz westerny wnusiu? To to była taka ziemia jak ta z westernów. Pięknie, jak okiem sięgnąć, równo. Ciężkie niebo, chmury. Tylko, że ta ziemia była żywa, zielona i kwitnąca. Żywa mówię!
Major wrócił wtedy z Turzyska odmieniony. Do żony nie mówił nic. Nie opowiedział co się stało. Ale już inny był.
W sylwestra go zapytałem jak byłem w Gdyni. Jestem w obcym mieście, dopiero co się wybudowało, ale sylwestra to mieli na sto dwa! I patrzę, a po sali przechadza się Pan Major! Zapytałem go o Turzysk, co tam właściwie było. Nie powiedział nic. Napił się tylko.
Potem wrócił. A potem była wojna.
Bolszewik gwałcił tą dziewczynę. Gwałcił i gwałcił, sapał i nie mógł przestać. W końcu wściekł się, wyszarpnął nóż. Ostrze broń miała tak wielkie jak jego ręka niemal. Chlasnął dziewczynę przez biust i gardło. Krew trysnęła na płaszcz i czapkę.
Wycierał broń o rękaw, gdy usłyszał konia. Tętent, za sobą.
Czarny koń i czarny jeździec. Unosił szablę, do cięcia. W tym pędzie był jak mignięcie w mroku.
Bolszewik krzyczał jak go zobaczył.
Czarny jeździec i czarne skrzydła.
Szabla opadła w cięciu. Znów buchnęła krew. Owłosiona twarz wyzwoliciela proletariatu zmieniła się w ochłap mięsa. Potem przybyli inni jeźdźcy. Ci także mieli czarne skrzydła.
Spalono Bobły. Bolszewik upajał się mordem i gwałtem. Trzon korpusu zapewne udał się już dalej, do Turopina. Tu zostało kilku maruderów.
Więc najpierw oni, reszta korpusu później.
Jeźdźcy wpadli między płomienie, zanieśli śmierć. Czerwonoarmiejcy na ich widok pierzchali przerażeni jak zwierzęta. Mieli tu być tylko chłopi, uciskany lud, który oni ucisną jeszcze trochę bardziej, nim go wyzwolą. Ewentualnie partyzantka, dzieci z granatami i starym naganem.
Wpadają jeźdźcy na silnych koniach. Huk broni, salwy z karabinu. Jedna, druga. Jeźdźcy są w mundurach, czapkach – okrągłych, z orłami. Noszą emblematy oddziału, oficerowie mają pagony. To wojsko.
Niemożliwe, przecież wymordowali ich już tylu po drodze. Jedno zgrupowanie, drugie. Codziennie niemal. Ilu ich jest w tym przeklętym kraju?!
Uciekają od płomieni i śmierci, którą tam zadawali. Może korpus usłyszy? Idą na Turopin, może dojdą salwy.
Jeźdźcy gonią ich, na czele czarny anioł z szablą, siecze towarzyszy. Tryska krew i miesza się z błotem. Jeszcze jeden bolszewik ucieka, jeszcze jeden. Czarny anioł dopada go, tnie w czaszkę. Czapka upada przepołowiona, cieknie mózg.
Jest cicho. Tylko płomienie buchają za nimi. Czarny anioł zsiada z konia, chowa szablę. Pochyla się nad trupem bolszewika, macza palce w jego krwi. Unosi i maluje sobie po pagonach, kreśląc nowe odznaczenie.
Później to tam stacjonowała już 27 Dywizja Piechoty Armii Krajowej. Sztab mieli w Kowalówce, to na południowy wschód od Turopina. A w Turopinie?
Jak w Ossie formowała się kompania saperska i łączności to wysłali kilku chłopaczków na zwiad. Tam niedaleko taka mała rzeczka płynęła – Turia. Rzeką szli, by nikt ich po śladach nie wytropił, no i by psy nie zwęszyły, bo ruskie to mieli takie psy… jak z piekła rodem chyba. Diabły, wnusiu. Diabły zrodzone z mroku i krwi. Kłapnięciem szczęki wyrywały nogę, a bolszewik by cię nie dobił. Sam musisz mieć zawsze kulę dla siebie.
Więc szli Turią, patrzą, a tu płynie z prądem jeden trup. Obły i gruby. Napuchnięty. Potem kolejny. Potem następne – doliczyli się z czterdziestu. A na drugim brzegu widzą jeźdźców. Powoli człapią konie, a ci co ich dosiadali śledzili jak płynęły te trupy. Mundury nosili głównie z kawalerii, ale przede wszystkim z KOP. Ich można było łatwo rozpoznać, po czapkach wnusiu, po czapkach. KOP nie nosiło rogatywek, tylko takie charakterystyczne, okrągłe.
Potem jak ze zwiadu chłopaczki wrócili to donieśli kapitanowi Fijałce, że chyba widzieli jakichś jeźdźców, ale tacy pewni to nie byli. Może to zwidy wojenne? Kapitan do nich – nie pierdolcie mi tu o zwidach, coście widzieli? A oni na to – no husarzy, panie kapitanie.
Husarzy. Na potężnych koniach, w czarnych zbrojach, ze skrzydłami. Skrzydłami z mroku.
O tym, że pan major w okolicach to się dowództwo dowiedziało później. Jak chcieli nawiązać kontakt to nie można go było odnaleźć. Potem Kiwerski, podpułkownik, wpadł na to, że po trupach ich trzeba szukać.
To szukali.
Husarze bili bolszewików. No i jeszcze Ukraińców, czasami. Jak wiedziano, że ukraińska narodówka morduje Polaków albo Żydów, to potem odnajdywano takich. Gołych, albo w skrawkach ubrań. Czasami husarze ich wieszali na drzewach. Za szyję, albo za nogi, jak któremu odstrzelili łeb. Tak było do końca trzydziestego dziewiątego, czterdziestego, do czterdziestego pierwszego.
Potem skończyła się miłość i Hitler posłał swoich po łeb batiuszki Stalina. Ten podobno, w pierwszych dniach ataku, przeszedł jakieś załamanie – tu pancerne eszelony nadciągają, Leningrad oblegany, Moskwę zaraz Niemiec zdobędzie, a on na daczy się zamknął. Gdy Beria z Żukowem przyjechali pytać o instrukcje, podobno batiuszka myślał, że oni go przybyli zabić. Każdy ocenia własną miarą, wnusiu.
Pod Ossą wtedy krył się 21 Pułk Ułański i 50 Pułk Piechoty, wtedy to już oba zrzeszone w AK. Dalej na południu Adolf ustanowił Komisariat Rzeszy Ukraina, ale tak poza tym to spokój był. Tylko tych Żydów, co z bolszewikami współpracowali, wywieźli gdzieś, nie wiadomo gdzie. Ale za tymi to akurat nawet ich bracia w wierze nie tęsknili.
Niemcy jak szli bić bolszewików to jakoś ominęli Turzysk, nie wiem. Szybko przejechali. Kilka kolumn pancernych i tyle. Zazwyczaj to była czystka, albo pacyfikacja. Jak wiedzieli, że gdzieś partyzantka siedzi po drodze, to brali ludność ze wsi, do stodoły albo pod ścianę. Jak pod ścianę to jeszcze wspaniałomyślnie – walili kulę karabinową w łeb i człowiek spał. Czasami tylko amunicji im brakło, to bagnetem, chlast – wbijali w serce.
Jak w stodole to gorzej. Wpychali tam mężczyzn, z kobietami i dziećmi, czasem nawet maleńkimi, na rękach, i zamykali. A potem jak mieli dobry humor to szast – prast – granaty do środka i po sprawie. Ale jak się srożyli to ogień podkładali, a trzeba ci wiedzieć wnusiu, że śmierć w ogniu to najgorsza śmierć. W ogniu, z głodu i z braku powietrza.
Stodoła buchała płomieniem w niebo jak wielki znicz, potem zawalała się, a Niemcy odjeżdżali. Jak na miejsce przybywało AK to czasem widzieli jak spod drewien wypełzają takie czarne kształty. To ludzie co się nie podusili – poparzeni, konający w mękach, z wypalonymi ustami, bez oczu, cali czarni, mój Boże. Strzelali do nich chłopcy, skracali im to cierpienie.
Raz jeden patrol wjechał do wsi na pacyfikację, niemiecki patrol znaczy. Wjeżdża tym dżipem, to chyba BMW, z kołem zapasowym na masce – dowódca, jakiś kapitan. Za nim na ciężarówce oddział piechoty. Wysypują się żołnierze, jak roboty, jeden za drugim, tacy to Niemcy byli zorganizowani. Jak ruski przybywał to jak sfora kundli, a Niemcy – jak maszyny. Raz – dwa. Szereg robią, a kapitan do nich się drze. Goethe się w grobie przewraca, co oni z tą piękną mową uczynili.
Wtedy żołnierze już nie patrzą się na kapitana, tylko gdzieś za niego. Patrzą, jak coś rośnie za nim. Jest dzień, a to rodzi się z kłębów ciemności. Kapitan odwraca głowę i widzi nad sobą husarza. A potem już tylko mrok.
Jak ich chłopcy z Dominopola znaleźli to wieś już opuszczona była – mieszkańcy uciekli. A na placu leżą ci Niemcy, poskręcani jak lalki dziecięce. Krew naokoło i jelita, flaki – rozwleczone po całej wsi.
Orzeł słabnie. Spiż jego piór traci barwę, traci moc. Teraz to już zwyczajne pióra, ptasie. Orzeł puszcza ofiarę, nie ma sił. Wznosi się jeszcze ku górze, wyżej, wyżej, tam ratunek.
Orzeł słabnie, lecz leci. Leci do góry, bo stamtąd płynie światło, płynie moc. Chce coś dojrzeć, lecz nie widzi – jest tam coś, czy nie ma. Lecz leci, bo to jedyny ratunek, leci bo tylko tam w górze jest siła i moc.
Tylko szpony jeszcze mają siłę. Tylko one.
Zdobyli broń i amunicję. Dużo amunicji. Musieli aż urządzić skład. Ale nie u „Gromady”, Kiwerski by ich zaraz chciał włączyć do Dywizji. Konni? Uzbrojeni? To do 21. Pułku, do Ułanów.
Oni nie chcą do Ułanów.
Teraz nie. Za późno. Teraz już wracają Niemcy. Ale ich zabijać nie wolno – oni już są niegroźni. Całe kolumny, jak żebracy – niektórzy mieli odmarźliny nawet na twarzach – szli bez nosów, bez warg. Kolumna za kolumną, zrezygnowani, przegrani, a na ich karkach już oddech bolszewika.
Za chwilę zaleją te ziemie. Już niedługo.
Trzeba czekać. Pan major czyści Mausera, bucha żar z ogniska. Było dwunastu i nadal jest. Rany się na nich goją szybciej. Wczoraj Janeczek oberwał, od Ukraińca, kula weszła między żebra, wysoko. Już go trzymali i zmawiali Ojcze Nasze, Janeczek wzywa jakiejś matki, swojej matki, czy Matki Boskiej, to nie wiadomo.
Wtedy Sznepf się nad nim pochyla. Ściska za ranę, Janeczek wyje, a Sznepf odciąga dłoń i trzyma kulę. Pogiętą kulę z karabinu, lepką od krwi. Janeczek zdrowieje, przed chwilą konał, a teraz śmiech i śpiewy. Sznepf cieszy się – żydowina przekupi nawet śmierć.
Teraz Janeczek klaska i śpiewa jakąś chłopską pieśń. Sznepf przyłącza się. Janeczek śpiewa po polsku, Sznepf w jidysz, ale słowa pasują do siebie, dwa języki schodzą się w jeden. Słowa piosenki ulatują w noc.
Oni się bawią, a major odchodzi od ogniska, w ciemność. Tam oddycha chwilę, rozpina koszulę munduru i patrzy na nagą pierś.
Jest poraniona i zniekształcona, brudna, pełna blizn – białych i sinych. Okrągłe po kulach, jest ich kilkanaście, cięcia nożem i pchnięcia bagnetem, poszarpane, niewyraźne. Oparzeliny – prawy sutek przestał istnieć, zamiast niego rozlana brązowa plama. Przez środek klatki piersiowej biegnie największa z blizn – długa i kręta, jak rzeka, z góry na dół.
Kilka zwierząt do upolowania. Przybędą tu niedługo. Przyjdą na czele żelaznych bestii, a trzeba wytrzymać, poczekać, jeszcze jakiś czas.
Kuzniecow. To był chyba kapitan. Znali się z panem majorem. Spotkali się wcześniej. Kuzniecow mu uciekł w czterdziestym pierwszym, tak to pamiętam. Major do niego celuje z tego swojego zdobycznego Mausera, strzela i trafił go, jak w Boga wierze, w łeb mu palnął. Kula weszła w kark, wyszła ustami. A bydlak przeżył. Niemy był do końca życia, rozkazy wydawał na piśmie, a i tak w Moskwie z czterdziestego drugiego do czterdziestego czwartego awansował wysoko. Jak wrócił pod Turzysk był już pułkownikiem. Wtedy 27. Dywizja broniła się ostatkiem sił. To już nie była działalność partyzancka, tylko zwyczajna rzeź. Po jednej stronie nasi – kompania saperska, łączności, bataliony piechoty, kilka zgrupowań samoobrony, pododdziały gospodarskie, ułani. A z drugiej strony całe kolumny pancerne wujaszka Wisarianowicza, Ukraińcy, lokalni komuniści, zdrajcy.
I zajechała ta horda pod Turzysk, wcześniej bili tam Niemców, teraz nas. Z Ossy, Kowalówka, Rzewuszek ściągnięto pododdziały, cała „Gromada” tam się biła. I wszyscy się do husarzy modlili. Nie do Boga, czy Matki Bożej Królowej Polski, tylko do pana majora i jego aniołów śmierci.
Jak tam się pojawił Kuzniecow to już było prawie po wszystkim. Jechały czołgi, często załogi w niepełnym składzie, wnusiu, oni tam czołgistów nie mieli – snajper spod Stalingradu obsługiwał działo, piechur z Sewastopola robił za mechanika.
Jechały żelazne bestie po martwej ziemi. Bo ta ziemia to wtedy już umarła, musisz to wiedzieć, tam nie było zieleni, lecz zgniła żółć, a jak glebę brałeś w dłoń, to po ściśnięciu wyciekały z niej krew i larwy.
To było na dworcu kolejowym. Wjeżdża ten kundel Kuzniecow, wokół niego wojsko, jak sfora psów. Kradną wszystko – zakrętki, śrubki, tory rozmontowują, po co im były te tory?
Kuzniecow tylko na migi pokazuje – to zabrać, tamto zostawić, maszynista – zastrzelić. Dalej – do Turzyska, na przedmieścia, dalej do miasta.
Uwija się sfora psów, uwija jak w ukropie.
Wtedy konia usłyszeli. Wpierw rżenie jednego, potem kolejne. W końcu patrzą, a tu idzie jeszcze jakiś oddział ku nim.
Wnusiu, ty to musisz zobaczyć – tutaj eszelony pancerne, całe kolumny bestii ze stali, a oni na to szarżują jak przed wiekami na Turczyna!
Bolszewicy to zobaczyli i nagle odnaleźli Boga w sercu – na kolana i błagać o litość, modły się niosą do nieba. Na nic, przecież na czele jeźdźców sam diabeł jedzie, nasz pan major. W czarnej zbroi, z szablą, skrzydła trzepoczą niosąc mrok.
Kuzniecow daje swoim rozkaz gwizdkiem. Kilku unosi broń, strzela. Prują do husarzy pepesze, ogień się niesie jak burza. A husarze nic, tylko naprzód, żaden z konia nie zleciał.
A potem to tylko ciemność wnusiu, ciemność.
Jak dzień później oglądali trupy to naliczyli się swoich dwudziestu i jedenastu naszych. Tak byli przez kule poszatkowani, że jednego od drugiego nie odróżnisz. Wrzucili ich razem do grobu, bolszewików i naszych husarzy.
Kuzniecow też zginął. Dostał szablą takie cięcie, że niemal go na pół rozpłatało.
A potem to już sam wiesz co się tam działo. Już nie było 27 Dywizji, już nie było husarzy. Więc brali tam naszych i rżnęli piłami, nabijali na pale, wieszali, strzelali, dusili, katowali młotkami i kolbami.
Ale to już wiesz, wnusiu, prawda?
Tylko, że pan major tam nadal jest. Przecież go nie znaleźli. Tego chłopca co z nim służył zabili, tego żydowinę też. Wszystkich husarzy. Leżą tam nadal, z bolszewikami i robactwem. A pan major nadal tam jest.
Widzą go pod Turzyskiem i dziś. Nocą szarżuje, macha szablą, walczy jeszcze. Raz go na stacji kolejowej widzieli, innym razem z żoną spacerował ulicą. Ona taka śliczna, piękna, jak malowanie, a on w czarnej zbroi, z czarnymi skrzydłami. Uśmiecha się, bo w końcu są razem, ale tą zbroję to musi nosić.
On ciągle ją musi nosić.
Orzeł już nie ma sił. Już opadł z nich zupełnie.
Obniża lot, ziemia coraz bliżej, jakieś pola, jakiś las. Wydaje ostatni dźwięk, jeszcze chce wzlecieć, ale słabość zwycięża. Opada, niżej i niżej. Przechyla się na prawe skrzydło, okręca wokół swej osi, spada w dół. Pikuje, dziobem w ziemię.
Zostają pióra, połamane kości, mięso i krew. Ale krew jeszcze rusza się, faluje, przybiera kształt. Coś wynurza się z niej, powoli, ale jednak – wstaje, idzie naprzód. Człowiek, człowiek zrodzony z krwi martwego orła.
Za krwawym człowiekiem wychodzi kolejny. Idzie cały szereg, jeden po drugim, wychodzą z plamy krwi. Idą naprzód, przed siebie.
W las.
Arkady Saulski
Na zdj. Husarze śmierci we Wrzeszczu.
Tekst zdobył drugą nagrodę w konkursie literackim "Stwórz swoją historię" w kategorii fantastycznej, ukazał się w piśmie Fronda.







mrdataPL
22.01.2012
Mocny tekst.
http://www.youtube.com/watch?v=mAlyiwpqI-g&feature;=channel_video_title
Miłosz Andrzej Lodowski
22.01.2012
Up! Strasznie się cieszę z tego tekstu!
Miłosz Andrzej Lodowski
22.01.2012
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/96/Odznaka_Dywizjonu_Huzar%C3...
Shork
22.01.2012
Ach, Ach!
Pref de Zoo
22.01.2012
Niezłe. Szkoda, że to chiba tekst tylko? Czy fakty sfabularyzowane?
christoph
23.01.2012
trochę twarde, twardochowe nawet
Dar
24.01.2012
Szkoda, że to tylko opowiadanie a nie coś większego. Bravo Autor!